Ranking seriali wojennych – poligonowe top 8

Przed Wami poligonowy ranking seriali wojennych. Znajdziecie tu osiem różnych opowieści, osiem mniej lub bardziej znanych historii. Wszystkie jakoś interesujące, wszystkie poruszające, a niektóre nawet pouczające. Za moment powiem o nich kilka słów – wspomnę o czasach, w których zostały osadzone i o tym, czemu nie zawsze są wierne realiom epoki. Napomknę też o propagandzie, naiwnym patriotyzmie, fascynacji przemocą i braku złudzeń. Do dzieła zatem!

Dlaczego lubimy seriale?

Współczesny „popsument”, czyli konsument popkultury (neologizm z mojego prywatnego słownika), seriale lubi i namiętnie ogląda. Popularność Netflixa i HBO świadczy o tym aż nadto wyraźnie. Łatwo to zrozumieć – umiejętnie nakręcony serial, jego rozbudowana fabuła i wielowymiarowe zarysowanie postaci, pozwala widzowi na głębokie emocjonalne zaangażowanie się w opowiadaną historię, na  wciągnięcie się w nią i oderwanie od, często przecież prozaicznej, codzienności.

telewizor i netflix

Specyfika seriali wojennych

Z filmami i serialami wojennymi rzeczy mają się podobnie – koniec końców i one są produktami przemysłu rozrywkowego. Dość jednak specyficznymi, bo opisującymi wojnę, fenomen szczególnie niepokojący, a przez to jakoś fascynujący.  

Współczesne opowieści o wojnie są brutalne i naturalistyczne. Często odzierają wojnę z patosu i podniosłości, ukazując jej brud, okrucieństwo i, a może przede wszystkim, moralną dwuznaczność. Rzadko już spotkamy tu herosów bez skazy, Janków Kosów i Johnów Wayne’ów, dawniej tak często obecnych na ekranach. Szerzej piszę o tym w artykule o wojnie i popkulturze.

źródło: moviesroom.pl

Ale to nie wszystko – seriale wojenne stały się elementem tzw. polityki historycznej danego państwa. Mówiąc wprost i bez ogródek, są narzędziem propagandy, instrumentem kreującym pożądaną przez władze wizję przeszłości. Przykłady takiej polityki można mnożyć – Ameryka tylko broni demokracji, Rosja wyzwala świat od faszyzmu, Niemcy twierdzą, że wszystko przez Hitlera i jego akolitów, a Polacy pokazują, jak można pięknie i bohatersko umierać (ale wojen nie toczy się po to, by umierać, tylko po to, by wygrywać, prawda?). Omawiając kolejne pozycje w zestawieniu postaram się wspomnieć także o tym.

Ale dość już teoretycznych dywagacji. Przejdźmy do właściwej części artykułu, czyli do rankingu seriali wojennych (jeśli interesujesz się kinem wojennym, zapoznaj się z moim rankingiem filmów wojennych).

8. „Nasze matki, nasi ojcowie” – serial wojenny ku przestrodze

źródło: warhistoryonline.com

Poligonowy ranking seriali wojennych otwiera „Nasze matki, nasi ojcowie”. Jest to produkcja dość nowa (2013 rok), niemiecka i kontrowersyjna. Ale zacznijmy od początku. Jest rok 1941, pięcioro młodych berlińczyków spędza wspólny wieczór – najpierw swing i sznaps, później gorące wyznania i obietnice rychłego zobaczenia. A potem rozdziela ich wojna. Ktoś trafia na front, któraś robi karierę na estradzie, ktoś jest żydem i musi uciekać.

„Nasze matki, nasi ojcowie” to serial o płonnych nadziejach, o historii (a może Historii) jako niszczycielskim żywiole, o konformizmie i zdradzie, uporze i tchórzostwie. Oraz o tym, co wojna w człowieku budzi, a co zabija.

To wszystko brzmi może i nieźle, bo „Nasze matki…” to w gruncie rzeczy niezły serial. Wyraźnie jednak widać, że jest elementem wyżej wspomnianej niemieckiej polityki historycznej. Mówiąc wprost to kawałek dobrze zrobionej propagandy, momentami antypolskiej. Zilustruję to wymownym i budzącym szczególny niesmak przykładem. Oto w jednej ze scen żołnierze Armii Krajowej kupują w jakiejś wsi żywność. Trwają negocjacje, dobija się wreszcie targu, dowódca oddziału ściska dłoń gospodarza. Ten rzuca, tak zupełnie od niechcenia: „żadnych żydów!”. Jeden z polskich żołnierzy wtóruje mu:  „żydów potopimy jak koty!”. Taka sobie ot pogadanka przy handelku, dzień jak co dzień. Wnioski wyciągnijcie sami.

7. „Czas honoru” – tym razem polski serial wojenny

źródło: polki.pl

II wojna światowa. W okupowanej przez Niemców Warszawie działa grupa Cichociemnych – wyszkolonych w Wielkiej Brytanii oficerów-dywersantów. Żołnierze, będąc członkami podziemnej armii, polują na niemieckich notabli, napadają na furgony Reichsbanku, odbijają więźniów, stale tocząc przy tym grę z Gestapo, SD i Abwehrą. A poza tym kochają, zdradzają, romansują, intrygują. I bohatersko giną, rzecz jasna.

Wyprodukowany przez TVP2 „Czas honoru” to jedyny polski serial wojenny w tym rankingu. Między rokiem 2008 a 2014 nakręcono aż 90 odcinków, które gromadziły przed odbiornikami liczną i wierną widownię. Będąc produkcją publicznej, „misyjnej” telewizji, „Czas honoru” miał określone cele: propagował postawy patriotyczne, przybliżał polską historię, bawił, uczył i pouczał. I pewnych walorów edukacyjnych faktycznie nie sposób mu odmówić – serial dość dobrze oddaje okupacyjne realia, a kanwę dla kolejnych odcinków stanowią mniej lub bardziej znane wydarzenia z wojennej przeszłości.

„Czas honoru” ma też i słabsze strony. Na przykład te wszystkie rozczulające romanse i miłostki naszych chłopców malowanych upodabniają go nieco do opery mydlanej. Do tego kilka dziwactw i komicznych stereotypów – gestapowcy nieodmiennie chadzają w tyrolskich kapelusikach i czarnych płaszczach, Cichociemni obnoszą się z bronią i wbrew elementarnym regułom konspiracji głośno rozprawiają o kolejnych akcjach. No i rzecz najważniejsza, czyli postawy samych żołnierzy. Nie ma tu miejsca na wahanie i zmęczenie, na zwątpienie i słabość. Jest tylko Polska, święta misja i walka aż po grób. A wszystko, jak sądzę, „ku pokrzepieniu serc”. Przyznam, że to wizja cokolwiek naiwna.

6. „Dolina łez” – serial wojenny HBO wprost z Izraela

źródło: twitter.com

Szóste miejsce w tym rankingu seriali wojennych przypada „Dolinie łez”, produkcji z naszej perspektywy nieco egzotycznej, bo izraelskiej. Mamy październik 1973 roku, zbliża się żydowskie święto Jom Kippur. Żołnierze Sił Obrony Izraela są już jedną nogą w domu, myślą o rodzinach i odpoczynku. Ale nie dane im będzie świętować. 8 października połączone siły Egiptu, Syrii i Iraku uderzą na półwysep Synaj i Wzgórza Golan. Rozpocznie to trwającą dwadzieścia dni wojnę, która zadecyduje o być albo nie być Izraela.

„Dolina łez” to nie tylko poprzetykana niezłymi scenami batalistycznymi opowieść o wojennych losach kilku żołnierzy. W tle widzimy tlące się w ówczesnym Izraelu konflikty społeczne i polityczne. Jednym z bohaterów jest dziennikarz-celebryta, innym roztrzęsiony i bojaźliwy szyfrant, który zresztą przewidział całą tę awanturę. Do tego mamy bohaterskiego oficera i niegodzącego się z porządkiem społecznym szeregowca-rewolucjonistę. A wokół chaos wojny, pełen bezprzykładnego bohaterstwa i bezmyślnego okrucieństwa.

„Dolina łez” nie przytłacza patosem, nie mitologizuje przeszłości. Mało w niej taniej bohaterszczyzny, wielkich słów i wzniosłych gestów. Co ciekawe, nawet wróg ma tu swoje racje. W całej historii jest też morał – ostatecznie wygrywają zwarci i zjednoczeni. Historia Izraela dowodzi tego aż nadto wyraźnie.

5. „Karny batalion” – okrutny front wschodni

Karny batalion
źródło: aif.by

A teraz coś z innej beczki. Na piąte miejsce w rankingu seriali wojennych trafia „Karny batalion” („Sztrafbat”), rosyjska produkcja z 2004 roku. Od razu zastrzegam, nie każdego miłośnika wojennych akcyjniaków ta rzecz usatysfakcjonuje. Próżno tu szukać tytanicznych zmagań rodem z „Szeregowca Ryana”, spektakularnych efektów specjalnych i monumentalnych scen batalistycznych.

„Sztrafbat” to opowieść o bandzie straceńców – kryminalistów (morderców, gwałcicieli, złodziei), więźniów politycznych, różnych nonkonformistów lub „wrogów radzieckiego ludu”. Sowiecka władza uważa ich za ludzkie śmieci i tak też traktuje. Wokół trwa przecież wojna, taki „sztrafbat” na pewno się przyda. Do rozminowywania („własnonożnego”), dajmy na to. 

„Karny batalion” pokazuje nam ludzi odartych z resztek godności i w zasadzie skazanych na śmierć. Nienawidzą Stalina i komunizmu, walczą, a bardziej niż Niemców boją się siepaczy z NKWD. Próbują jakoś przeżyć, nieraz cudzym kosztem. Oto „sztrafbaty” Armii Czerwonej – obraz przygnębiający i prawdziwy.

4.Bitwa o ciężką wodę”, czyli serial wojenny ze Skandynawii

radiotimes.com

Czwarte miejsce w moim rankingu seriali wojennych zajmuje norweska „Bitwa o ciężką wodę”. Co skrywa się pod tym enigmatycznym tytułem? Ni mniej, ni więcej, tylko wyścig atomowych zbrojeń.

Tak, tak, nie pomyliłem się. Prace nad bronią jądrową rozpoczęto już na początku lat czterdziestych XX wieku. A do ich prowadzenia niezbędna była D2O, czyli tzw. ciężka woda. Od połowy lat trzydziestych uzyskiwano ją w Norwegii, w fabryce należącej do Norsk Hydro. Kilka lat później, w 1939 roku, całą „atomową” sprawą zainteresowały się hitlerowskie Niemcy. Gdy w czerwcu 1940 roku wojska III Rzeszy ostatecznie zajęły Norwegię, w ich ręce wpadły także fabryki Norsk Hydro i wytwarzana tam D2O. Brytyjczycy, przerażeni wizją wąsatego akwarelisty zrzucającego na Londyn atombombe, nie mogli tego tak zostawić. Postanowili pokrzyżować niemieckie plany. I właśnie o tym jest ten serial.  

I jest to serial dobry. Sprawnie nakręcony, trzymający się realiów, emocjonujący. Jednym słowem, rasowe kino wojenne. Nie ma tu może spektakularnych efektów i tytanicznych zmagań wielkich armii, ale jest surowa i piękna Norwegia oraz wciągająca historia.

3. „Pacyfik” i wojna gdzieś na końcu świata

serial Pacyfik
źródło: hbogo.pl

Na pierwszym stopniu mojego rankingowego podium staje obsypany nagrodami „Pacyfik”. Serial przybliża nam losy kilku amerykańskich żołnierzy walczących na froncie dalekowschodnim. Przyglądamy się im, gdy walczą w dżungli Guadalcanal, gdy szturmują wzgórza Iwo Jimy, gdy lądują na plażach Peleliu.

„Pacyfik” jest świetnie zrobiony. Produkcja oddaje wojenne realia z detalami. Reżyser zadbał o scenografię, właściwe uzbrojenie i taktykę walki. Nawet „technikę” wojskową (pojazdy) odwzorowano bardzo wiernie (nie ma tu potworków à la Tygrys z „Szeregowca Ryana”). Jest tak pewnie dlatego, że w „Pacyfiku” „grał” przede wszystkim łatwo dostępny sprzęt amerykański.

Ale ten serial wojenny to nie tylko scenografia i rekwizyty. Oglądając go w oczy rzuca się brutalny realizm i dosłowność, z jaką przedstawiono wojnę. Trup ściele się tu gęsto, krew sika na prawo i lewo, szrapnele i kule szatkują miękkie ciała. A dla tych, co przeżyją trauma, wyrzuty sumienia, koszmary z przeszłości. Wszystko to przyprawiono odrobiną typowo amerykańskiego patosu. No ale cóż, polityka historyczna ma swoje prawa.

2. „Kompania braci”, czyli wybitny serial wojenny HBO

Kompania braci
źródło: acsmag.com

„Kompania braci”, zajmująca drugie miejsce w moim prywatnym rankingu seriali wojennych, to dla wielu majstersztyk. I faktycznie, stojący za nią Steven Spielberg i Tom Hanks odwalili kawał dobrej roboty. Zadbali o budżet, ale nie zatrudnili żadnych gwiazd. Obraz ma przecież pokazać losy zwykłych, anonimowych ludzi. Dzięki temu, oraz dzięki kręceniu „z ręki”, dostajemy rzecz wizualnie bardzo satysfakcjonującą (patrz desant spadochronowy w Normandii, odcinek o Carentan albo Ardenach) i wiernie oddającą wojenne realia.

„Kompania braci” jest mocna i wyrazista. Oglądałem ją dość dawno, ale dobrze pamiętam jedną scenę. Oto amerykański spadochroniarz odrywa się od swoich kolegów, pędzi przez łąkę, wbiega na nasyp, za którym akurat biwakuje kilkudziesięciu Niemców. Jankes nie zastanawia się długo, strzela, jeszcze z biodra, do najbliższego żołnierza, zupełnego młodzika, potem do jego towarzyszy. M1 z metalicznym jękiem wypluwa kolejne magazynki. Niemcy są zaskoczenie, biegają bezładnie. Chwilę później na wał wpada reszta spadochroniarzy i zaczyna się rzeź.

„Kompania braci” to kolejny serial, który pokazuje wojnę w jej nagości, odartą z sentymentów i humanitaryzmu. Podobnie jak „Pacyfik” mówi też o cenie, jaką musieli zapłacić ci, którzy wzięli w tym wszystkim udział.

Uwaga, wciąga!

1. „Generation Kill: Czas wojny” – serial wojenny bez cienia złudzeń

źródło: amazon.com

Będąc nieco przekornym na pierwszym miejscu tego rankingu seriali wojennych umieszczam produkcję, w której wojny jest jak na lekarstwo. Znaczy się ona tu jest, ale nie taka, jaką sobie zazwyczaj wyobrażamy. W tym aspekcie „Generation Kill” jest trochę podobny do „Jarheada”. W obu produkcjach śledzimy losy grupki żołnierzy, którzy wprost marzą o walce, o prawdziwej krwawej jatce. No i na marzeniach się kończy.

Kilka słów o fabule. Mamy rok 2003, wujaszek Sam właśnie zaczyna ucierać nosa Saddamowi Husseinowi. Znacie tę historię, prawda? Irak, broń chemiczna zagrażająca światowemu pokojowi, a w tle morze ropy i dolarów. No właśnie. Amerykanie wprowadzają nad Tygrys i Eufrat swoje wojska. Nasi bohaterowie – nasączeni testosteronem zwiadowcy z US Marnie – trafiają na szpicę. Ale, ku ich rozczarowaniu, wojny w tym Iraku jak na lekarstwo. Zamiast wyczekiwanej jatki sprośne żarty, nuda i kręcenie się w miejscu. A potem, nagle, ni z tego, ni z owego, coś się jednak dzieje, jakaś byle drobnostka, i ta niby-wojna zaczyna przypominać pożar w burdelu – chaos, bieganina, niekompetentni dowódcy, sprzeczne rozkazy, nikt nic nie wie. „Jak to na wojence ładnie…”

„Genration Kill” to w jakiejś mierze kino psychologiczne. Pozwala zajrzeć do głowy współczesnego żołnierza i zobaczyć co tam siedzi – co takiego wojaka  bawi, czego pragnie, czego się boi. Posłuchać o czym mówi i jak myśli. Bardzo pouczająca rzecz.  

Koniec wieńczy dzieło

I to by było na tyle. Jeśli któregoś z seriali nie widzieliście, a wydał się Wam interesujący, nadróbcie zaległości i napiszcie dwa słowa komentarza. Wszystkie przeczytam i na wszystkie odpowiem. Do następnego!