Jak schudnąć, grając w gry przed telewizorem i gapiąc się w ekran smartfona? [Spoiler alert: da się]

„Wyszedłbyś pobiegać, zamiast siedzieć cały dzień przed telewizorem i grać w te głupie gry”. Założę się, że część z Was słyszała to zdanie co najmniej w kilku różnych wariacjach. A gdyby tak odwrócić nieco porządek rzeczy i sprawić, by nowinki technologiczne, od których stereotypowo tyjemy, stały się dla nas wsparciem w odchudzaniu i zmianie życia na lepsze? Wierzcie lub nie, ale to naprawdę możliwe, a poniższy tekst ma za zadanie Was do tego przekonać.

Jak schudnąć? Jak być zdrowszym? Jak żyć?

Długo zabierałem się za ten tekst. Do samego końca nie wiedziałem, czy podejść do niego bezosobowo, czy uwiarygodnić temat własnymi doświadczeniami. Koniec końców uznałem, że bez tych drugich pomysł nigdy by się nie narodził, więc głupio byłoby ich nie uwzględnić.

Skąd w ogóle dylemat? Cóż, publiczne przyznanie się do tego, że ma że ma się problem, problem wstydliwy i w społecznym mniemaniu określany etykietą „na własne życzenie”, nie jest rzeczą łatwą. Na szczęście jestem już po trzydziestce, a więc w wieku, kiedy człowiek zaczyna mieć w głębokim poważaniu „społeczne mniemania”.

Przechodząc jednak do sedna, powiem wprost: jestem ulańcem. Od dziecka mam nadprogramowe kilogramy. Nie będę się rozwodzić i samobiczować nad ich genezą. Po prostu przejdę do sedna: w tym roku podjąłem którąś już walkę z samym sobą, aby w temacie otyłości coś zmienić.

gruby budda

Ktoś powie, że zmiany powinienem zainicjować wykupieniem karnetu na siłownię. Tym bardziej że zmiany zacząłem w okresie zimowym, kiedy ruch na świeżym powietrzu był mało komfortowy. Po pierwsze dlatego, że powietrze było niezbyt „świeże”, po drugie, że tak przywołam klasyk, „jest zima, więc musi być zimno”.

No więc było.

W każdym razie nie wykupiłem karnetu. Ani na siłownię, ani na basen, ani na zajęcia z fitnessu. Nie poszedłem również do dietetyka, choć myślę, że może powinienem był, bo popełniłbym na starcie mniej błędów żywieniowych. Generalnie na każdej z płaszczyzn „przepoczwarzania się” postanowiłem wspomóc się zdobyczami szeroko rozumianej technologii.

I, co ciekawe, wyszło mi to (i dalej wychodzi) na dobre.

Otyły koleś gra na konsoli

Dla kogo jest ten tekst?

Pytanie jest o tyle istotne, że stanowi fundament tego jakże konfesyjnego artykułu. Bo że nie jest on dla każdego, niech poświadczy fakt, że istnieje tysiąc lepszych sposobów na odchudzanie, wdrożenie zasad zdrowszego żywienia oraz poprawę samopoczucia i ogólnego stanu zdrowia.

I ja zdaję sobie z tego sprawę.

Natomiast mam również świadomość, jak trudno w ogóle jest zacząć. Szczególnie gdy trzeba przebijać się przez mur zbudowany z kompleksów, zaniżonego poczucia wartości, nerwicy, depresji, traum, introwertyzmu, strachu, wstydu, niechęci do ludzi i tłumów itp.

A to ledwie garść moich problemów i bolączek 😀

Tak zupełnie poważnie – łatwo rzucić komuś sakramentalne: „idź na siłownię”, które w ustach niektórych brzmi jak recepta na wszystkie bolączki. Ale ja na przykład nie lubię siłowni. Z wielu powodów. I wiem, że nie jestem w tym odosobniony. Wiem, że dla wielu osób to bariera, którą trudno pokonać. Szczególnie na samym początku, gdy w umyśle dopiero klaruje się decyzja o zmianach.

A ta, moim zdaniem, nie wymaga od razu milowego skoku poza własną strefę komfortu. Wręcz przeciwnie, aby zacząć się ruszać, często warto zorganizować wszystko tak, by w tej strefie komfortu pozostać. Tutaj pomocna może być technologia.

I o tym właśnie jest niniejszy tekst.

mierzenie obwodu brzucha

Trenerzy go nienawidzą! Odkrył sposób, jak schudnąć, grając w gry

Wdrażanie zmian zacząłem od gier.

Punktem wyjścia było sędziwe już Wii, czyli jedna z najlepszych konsol stacjonarnych w historii Nintendo. Przede wszystkim dlatego, że jest to sprzęt, który już posiadałem.

Druga rzecz – przez lata na Wii wyszło sporo gier ruchowych. Niestety, większość to tani chłam. Nie warto nawet na niego spojrzeć, a co dopiero mówić o wydawaniu pieniędzy. Znajdziemy tu też gry niezłe, stworzone z pomysłem, nieźle wykorzystujące potencjał kontrolerów ruchowych, ostatecznie jednak bardziej nadające się na imprezy niż do regularnych treningów w domowym zaciszu.

Nintendo Wii konsola

Walk it Out!

Na szczęście są też perełki. Dla mnie taką jest na pewno niepozorne „Walk It Out!”. To gra, która polega… na chodzeniu. I w sumie tylko na tym. Kontroler Wii Remote trzymamy w dłoni, połączonego z nim nunchucka wsuwamy w kieszeń spodni.

I jazda.

Zaczynamy marsz w rytm utworów najróżniejszych gatunków. Każdy krok zarejestrowany przez grę jest traktowany jako punkt. Punkty wymieniamy przede wszystkim na budynki, budowle, rośliny i inne elementy architektury. W ten sposób „łysa” z początku wyspa, po której się poruszamy, zaczyna „żyć”, a tym samym cieszyć nasze oczy. Po drodze zbieramy również kawałki płyt CD, pozwalające na odkrywanie nowych utworów do odsłuchiwania podczas spacerów.

Brzmi monotonnie? Niestety tak właśnie jest. „Walk It Out!” miało olbrzymi potencjał, ale twórcy trochę go zaprzepaścili. Aż prosi się o dodanie kilku mechanik, które by urozmaiciły rozgrywkę. Natomiast widok rosnącego miasteczka jest naprawdę satysfakcjonujący i motywuje, aby regularnie do gry wracać.

Dużą zaletą Walk It Out jest wyrabianie zdrowego nawyku nabijania określonej liczby kroków, nawet jeśli są to kroki w miejscu. Tempo marszu zależy od odtwarzanej aktualnie piosenki, przy szybszych kawałkach można się spocić i wejść na nieco wyższe tętno. Nie jest więc tak, że to tylko „gra pozorów”. Godzina aktywnego marszu w miejscu pozwala spalić nawet 500 kcal, choć wiadomo, spalanie w dużej mierze uzależnione jest też od wagi ćwiczącego.

Dla mnie „Walk it Out!” było świetnym sposobem na to, by w ogóle zacząć się ruszać. Szczególnie w chłodne, zimowe i wczesnowiosenne dni, kiedy pogoda za oknem nie zachęca do spacerów. Potem natomiast tytuł ten stał się dla mnie rozgrzewką przed odpaleniem innej gry…

stopy na podłodze

Ring Fit Adventure

To chyba jedno z moich największych odkryć tego roku. „Ring Fit Adventure” był dla mnie pretekstem, aby wreszcie kupić Switcha. Bo wiecie, jak ma się żonę i dzieci, to do podobnych zakupów trzeba znajdować odpowiednie preteksty.

Temat gier ruchowych przerobiłem wzdłuż i wszerz, ale czegoś tak dobrego nie widziałem chyba nigdy. I prędko pewnie nie zobaczę. „Ring Fit Adventure” to prawdziwy gamechanger w dziedzinie ruszania kuperkiem przed konsolą.

Tutaj pomyślane zostało praktycznie wszystko: fabuła, gameplay, różnorodność rozgrywki i ćwiczeń, rozwój postaci, dostosowywanie zestawu ćwiczeń do konkretnych wyzwań, angażujące mini gry, playlisty z własnymi ćwiczeniami i lokacjami, poziom trudności w skali od 1 do 30… naprawdę sporo tego jest. Nawet takie detale, jak kwestie wypowiadane przez obręcz, która w grze jest zantropomorfizowanym towarzyszem naszej fitnessowej przygody, twórcy dopracowali tak, by stanowiły realną motywację w wykonywaniu ćwiczeń.

Do zestawu z grą dołączona jest obręcz do pilatesu, w której mocujemy jednego Joy-Cona. Drugi trafia do opaski, którą zakładamy na udo. Warto wspomnieć, że akcesoria są naprawdę świetnie wykonane, szczególnie obręcz. Po ponad stu godzinach maltretowania jej przeze mnie i innych domowników ciągle nie zdradza objawów zużycia.

obręcz i opaska ring fit adventure

Kręgosłupem rozgrywki jest tryb fabularny. Sama historia jest płytka, tendencyjna i przewidywalna; jej rola ogranicza się wyłącznie do tego, by jakoś sensownie połączyć kolejne światy. I w sumie to nie jest zarzut. Nikt wszak nie gra w gry ruchowe dla egzystencjalnych doznań rodem z powieści Dostojewskiego.

W każdym świecie mamy do przejścia kilka lub kilkanaście poziomów, zanim dotrzemy do walki z bossem, która jest jednocześnie przepustką do kolejnego świata. Standardowe poziomy na pierwszy rzut oka wyglądają podobnie. Biegamy w miejscu, zbierając po drodze monety czy rozbijając skrzynie. Co jakiś czas natrafiamy na potworka lub grupę potworków, z którymi toczymy turową walkę. Naszymi atakami są ćwiczenia. Twórcy podzielili je ze względu na obszary ciała, które angażują. Tym samym mamy ćwiczenia na: ręce i klatkę piersiową, brzuch, nogi oraz jogę.

Inny podział, bardziej gameplayowy, zakłada ćwiczenia punktowe i obszarowe. Punktowe są silniejsze, ale możemy nimi zaatakować jedynie pojedynczego stworka. Ćwiczenia obszarowe natomiast zmniejszają pasek zdrowia u dwóch lub więcej oponentów jednocześnie.

Ring Fit Adventure menu i tryby gry

O czym jeszcze warto wspomnieć, to że efektywność ataków (ćwiczeń) działa na podobnej zasadzie, jak w bitwach Pokemonów, gdzie na przykład ataki wodne są bardzo skuteczne w odniesieniu do Poksów typu ognistego. Tutaj jest to uproszczone, ikonka przy potworku podpowiada nam, którego typu ćwiczenia warto wykonać, aby szybciej skończyć walkę.

W „Ring Fit Adventure” świetne jest przede wszystkim to, że każdy kolejny poziom oferuje jakąś nowinkę, jakieś przełamanie monotonii, nową mechanikę, świeże rozwiązania gameplayowe i wizualne. Tym naprawdę trudno jest się znudzić, a na początku człowiek ma taką zajawkę, że nie może się doczekać kolejnego dnia i powrotu do gry.

A początki, trzeba to podkreślić, bywają naprawdę ciężkie. Szczególnie jeśli startuje się z pułapu, z jakiego ja startowałem. Przy pierwszej sesji wytrzymałem ledwie 8 minut ćwiczeń (gra nalicza czas i kalorie tylko kiedy realnie się ćwiczy, przy przerywnikach, nawigacji w menu itp. stopuje zegar). Po tym czasie myślałem, że będę musiał wzywać karetkę, tak mocny dostałem wycisk.

Z każdym kolejnym podejściem było jednak coraz lepiej, a przecież jeszcze w miarę postępów zwiększałem poziom trudności. Dzisiaj jestem w stanie wytrzymać nawet godzinę intensywnych ćwiczeń (a więc ponad 1,5 godziny przed konsolą) i najczęściej sesję kończę tylko dlatego, że wzywają mnie inne obowiązki.

Polecam, „Ring Fit Adventure” to absolutny sztos. Niezależnie, czy jesteś zasiedzianym geekiem, czy kimś, kto regularnie uprawia sport.

ring fit adventure grafika

Just Dance

Tak, gra taneczna też może być świetnym sposobem na lepsze życie w lżejszym ciele. Kiedyś zdarzyło mi się spróbować sił w kilku pierwszych odsłonach „Just Dance”, które ogrywałem na Wii. Wiedziałem więc, z czym to się mniej więcej wiąże, kiedy kupowałem „Just Dance 2022” na Switcha.

Co Wam powiem, to Wam powiem, ale w tej grze można zafundować sobie naprawdę intensywne cardio. I to w całkiem przyjemnej otoczce. To ten rodzaj wysiłku, na który macha się ręką, nawet gdy pulsometr wskazuje maksymalną prędkość Audi TT, bo serotonina przesłania człowiekowi wszystko.

Gameplay z Just Dance 2022

Dla mnie to było przede wszystkim świetne urozmaicenie wirtualnej „sali do fitnessu”, choć w praktyce okazało się również, że ostatnie „Just Dance” bardzo mocno trafiło w gust moich synów: 2-letniego i 4-letniego, dla których naśladowanie tanecznych kroków stało zadziwiająco dobrą zabawą.

A co z efektami? U mnie godzina przy „Just Dance” pozwalała na spalenie 400-500 kcal przy średnim tętnie na poziomie 135 uderzeń na minutę. Można więc się zmęczyć, a przy okazji też dobrze się pobawić i nauczyć kilku kroków i figur, które pozwolą Wam zrobić z siebie najgorszego głąba na weselu u kuzynki.

Co do monitorowania aktywności: Opaska, smartwatch, a może zegarek sportowy?

Zacznijmy od tego, że dobrym pomysłem jest monitorowanie swoich treningów, zarówno tych domowych, jak i tych na świeżym powietrzu. Utrzymywanie pulsu w konkretnych przedziałach pozwoli Wam lepiej dostosować intensywność do efektów, jakie chcecie osiągnąć.

Co ciekawe, aby w ogóle zacząć, nie trzeba wydawać milionów monet na profesjonalny sprzęt marki Koczkodan. Punktem wyjścia mogą być już proste smartbandy popularnych producentów. Nie tak dawno, chorując na Covid, miałem możliwość porównania parametrów zbieranych przez opaski z tymi, które rejestrowały pulsoksymetry z wyższej półki. Mam tu na myśli oczywiście puls i poziom natlenienia krwi. I co się okazało, to że wartości z obu typów urządzeń były bardzo zbliżone.

Sam swoją metamorfozę zaczynałem, mając na nadgarstku sędziwą już opaskę Huawei Band 4, którą kupiłem przed dwoma laty za niewiele ponad 100 zł.

Wymieniłem ją na zegarek sportowy z trzech powodów. Po pierwsze – po zmianie smartfona na inny niż huaweiowski z listy dyscyplin zniknęło kolarstwo, a więc jedyna aktywność na powietrzu, którą uwielbiam uprawiać i robię to regularnie. Po drugie – chciałem się jakoś nagrodzić za to, że udało mi się zrzucić 15 kilogramów. Po trzecie wreszcie – od dawna polowałem na jakiś sensowny zegarek,

Trochę poleciałem po bandzie, bo wybór padł na zegarek Garmin Fenix 6, który kupiłem za ok. 1800 zł. Po trzech miesiącach jednak stwierdzam, że było warto. Choćby dlatego, że Garminy są strasznie drobiazgowe w zbieraniu najróżniejszych danych. Może to dziwne, ale cyferki, tabelki, wykresy są dla mnie niesamowicie skutecznym motywatorem.

Nie zliczę wszystkich parametrów rejestrowanych i przetwarzanych przez zegarki Garmina. Jest tego naprawdę sporo. Na przykład taki wskaźnik Body Battery, choć należy podchodzić do niego z dystansem, pomaga oszacować, czy danego dnia możecie sobie pozwolić na intensywny trening, czy lżejszy, czy może w ogóle odpuścić i postawić na regenerację. Tak, po każdym treningu zegarek obwieści Wam, ile godzin powinniście odpocząć przed kolejnym treningiem.

To oczywiście nie wszystko, bo w aplikacji Connect możemy sprawdzać nasze postępy w nabieraniu formy, m.in. poprzez śledzenie zmian w zakresie pułapu tlenowego czy ogólnego stanu wytrenowania. Do tego dochodzą też szacunki dotyczące wieku sprawnościowego. Ja sam zdołałem go obniżyć o cztery lata w trzy miesiące regularnych treningów. I muszę przyznać, że to realnie motywuje i daje sporo satysfakcji, szczególnie gdy obserwuje się własne postępy na osi czasu.

Funkcje sportowe mają dziś też praktycznie wszystkie smartwatche. Ja na smartwatch się nie zdecydowałem, ponieważ wszystkie modele, które wpadły mi w oko, pod tym czy innym względem, wymagały konieczności ładowania baterii raz na dobę lub dwie doby. Zapewne są osoby, którym to nie przeszkadza, ja do nich nie należę i wiem, że prędzej bym schował takie urządzenie do szuflady, niż podłączał do ładowarki tak samo często jak smartfona.

Czas na rower. Tu również zdobycze technologii bywają przydatne

Nie biegam. Żeby zacząć, muszę jeszcze sporo zrzucić. Nie będę więc mądrować się na ten temat, bo zwyczajnie nie mam o nim pojęcia. W każdym razie w pewnym momencie gry ruchowe przestały mi wystarczać. Przypomniałem sobie więc, że uwielbiam rower. Choćby dlatego, że nic nie oczyszcza mi głowy tak, jak dwie–trzy godziny intensywnej jazdy na rowerze.

Oczywiście każdą przejażdżkę chciałem na własny użytek rejestrować, by potem móc je analizować pod kątem postępów. Pomocne w tym były dwie aplikacje. Pierwszą była natywna apka „Connect” dla zegarków Garmin. Druga natomiast nie wymaga do działania żadnego urządzenia ubieralnego (przynajmniej w podstawowych funkcjonalnościach). Mam tu na myśli oczywiście popularną wśród rowerzystów „Stravę”, która z powodzeniem zastępuje mi wycofane już od dawna „Endomondo”.

W zasadzie jeśli chodzi o kolarstwo, „Strava” nie ma dziś godnej konkurencji. Nie będę się rozpisywać o funkcjonalności tej aplikacji, tym bardziej że zrobiła to już Anita w tekście:

Mapy google na rowerze

Warto wspomnieć o tym, że „Stravę” można zintegrować z wieloma urządzeniami do rejestrowania aktywności, m.in. ze sprzętem Garmina. Odpalając trening na zegarku, automatycznie synchronizuje mi się ze „Stravą”, więc nie muszę uruchamiać obu aplikacji jednocześnie.

Jakie są plusy pedałowania ze „Stravą”? Na przykład taki, że w wersji premium aplikacja pozwala na korzystanie z gotowych tras wyznaczonych przez innych użytkowników. Dla mnie jednak najistotniejsze jest to, że mogę kontrolować tempo jazdy, patrząc na średnią dotychczasową średnią prędkość. Jeśli widzę, że jest „przypałowa” i wstyd będzie ją pokazać na storiesku, próbuję wykrzesać z siebie siły, aby jechać nieco szybciej. Możecie się śmiać, ale naprawdę mnie to motywuje.

O najlepszych smartfonowych aplikacjach rowerowych oferujących nawigację pisał natomiast Robert. Tu również odsyłam do tekstu:

Jeśli natomiast macie parcie na dedykowane urządzenia rowerowe, które zarejestrują przebytą trasę i przy okazji zbiorą kilka ciekawych danych na temat treningu, możecie zainwestować w liczniki rowerowe. Dla mnie to zbytek, aczkolwiek ja też nie robię takich długich tras, by narażać baterię w smartfonie na wyładowanie. Jeśli jednak jesteście długodystansowcami, licznik rowerowy, szczególnie taki z wydajnym akumulatorem, będzie trafioną inwestycją.

Oczywiście mógłbym tu jeszcze wspomnieć co nieco o innych urządzeniach, dla bardziej zaawansowanych użytkowników, na czujniki kadencji zbierające dane o liczbie obrotów pedałów na minutę. Ale to nie tekst dla profesjonalistów, ale dla ludzi takich jak ja, którym trudno w ogóle ruszyć tyłek…

Nie samymi ćwiczeniami człowiek chudnie, czyli słówko o zmianie nawyków żywieniowych

Nie ma zmiłuj. Aby tracić kilogramy, bilans kaloryczny musi być na minusie. Dopiero kiedy liczba spalanych kalorii przewyższa liczbę dostarczanych, organizm sięga po rezerwy zmagazynowane w postaci tkanki tłuszczowej. Aby zwiększyć efektywność tego procesu, do aktywności fizycznej trzeba dodać również zmianę nawyków żywieniowych.

Świadomie nie piszę o „przechodzeniu na dietę”, bo dieta kojarzy się z czymś tymczasowym. Jeśli chcecie zrzucić kilka kilogramów i nie odzyskać ich z nawiązką zbyt szybko, tymczasowe rozwiązania lepiej zostawić innym. Zmiana nawyków żywieniowych, wbrew pozorom, nie jest taka trudna.

Niezwykle pomocne są w tym aplikacje dietetyczne lub do liczenia kalorii. W sklepach Google i Apple znajdziecie ich całkiem sporo. Mnie najbardziej do gustu przypadło „Fitatu”. Przede wszystkim dlatego, że łączy w sobie wiele przydatnych funkcji, które w innym przypadku musiałbym rozdzielić między kilka różnych apek.

fitatu aplikacja do liczenia kalorii na smartfon
fitatu aplikacja do liczenia kalorii na smartfon

Co daje mi „Fitatu”?

  • Olbrzymią bazę produktów żywnościowych z uwzględnieniem makro- i mikroskładników. Jeśli jakiegoś produktu nie ma, mogę go dodać samodzielnie lub znaleźć zamiennik, który będzie miał taki sam lub zbliżony skład.
  • Personalizację posiłków i ustalenie godzin, w których powinienem je spożyć. W wersji premium możliwe jest jeszcze ustawienie przypomnień. To bardzo przydatne, szczególnie jeśli, tak jak ja, spożywacie posiłki w określonych okienkach żywieniowych. I tak właśnie płynnie przechodzimy do kolejnej kwestii, którą jest…
  • Ustalanie czasu postu przerywanego, a więc sposobu żywienia, który dał mi naprawdę wiele dobrego. Raz, że pomógł w redukcji kilogramów, dwa – zmniejszył senność po posiłkach i dał organizmowi więcej energii. Trzy – przyczynił się do redukcji ciśnienia tętniczego, poprawy kondycji jelit i lepszych ogólnych wyników badań, np. morfologii. „Fitatu” pozwala ustalić proporcje postu (u mnie np. jest to 16:8, gdzie 16 to liczba godzin bez przyjmowania posiłków) i przypominać o tym, kiedy się kończy, a kiedy zaczyna okienko żywieniowe.
  • Kontrolę nawodnienia. „Fitatu” samo wylicza ilość płynów, jakie trzeba wypić w ciągu doby, biorąc pod uwagę m.in. wagę użytkownika i czas aktywności fizycznej.
  • Integrację z popularnymi aplikacjami do rejestrowania aktywności – m.in. z garminowskim „Connectem”. Dzięki temu „Fitatu” automatycznie „zaciąga” kalorie nie tylko z treningów, ale i z kroków, jakie przeszedłem w danym dniu, by potem zsumować je i włączyć do dziennego bilansu spalonych kalorii.
  • Podsumowania: dzienne, tygodniowe i miesięczne, a więc mnóstwo cyferek, którymi się ekscytuję i które mnie motywują.
  • Przepisy na różne potrawy, z rozpiską na temat ich kaloryczności oraz zawartości mikro- i makroskładników.
najlepsze aplikacje do liczenia kalorii na smartfon

Przeraża Was konieczność stałego bycia na smyczy aplikacji i zapisywania wszystkiego? Spokojnie, mnie też. Z doświadczenia wiem jednak, że wystarczy to robić kilka tygodni, żeby wypracować sobie pewne żywieniowe automatyzmy oraz mieć względne pojęcie na temat kaloryczności poszczególnych produktów. Sam dziś korzystam z „Fitatu” niemal wyłącznie do aktualizowania swojej wagi. Przy czym to, czego się nauczyłem, korzystając z aplikacji na co dzień, zostało ze mną, a nawet przeszło do wymiaru intuicyjnych działań i nawyków, które cały czas się sprawdzają.

Dlatego polecam spróbować. Choćby na te kilka tygodni. Tym bardziej że nie trzeba wykupować wersji premium, aby korzystanie z „Fitatu” miało sens i przynosiło efekty.

dieta aplikacje liczenie kalorii

Krótkie podsumowanie

Nie wiem, czy wybrzmiałem przekonująco, ale wierzę, że znajdzie się choć jedna osoba, której ten tekst w jakiś tam sposób pomoże. Albo przynajmniej przekona, że stwierdzenia: „idź na siłownię”, „idź pobiegaj” i „żryj mniej” nie wyczerpują całego zasobu dobrych rad w kontekście odchudzania i zmiany życia na lepsze.

Ja sam ciągle mam do wykonania nad sobą ogrom pracy. Ale już teraz, lżejszy o kilkanaście kilogramów, czuję nieporównywalną różnicę w porównaniu do tego, jak było, gdy zaczynałem. Wyniki badań również potwierdzają zmianę na lepsze. Co ciekawe, żeby tego dokonać, rzadko zmuszałem się do opuszczenia własnej strefy komfortu. Wszystko zaplanowałem sobie na własnych warunkach. Żeby było mi wygodnie, żebym czuł przyjemność i satysfakcję, ale też nie patrzył na cały proces metamorfozy przez pryzmat męczarni, poświęceń i tytanicznej pracy.

Ten tekst nie jest wyrocznią. Nawet nie próbuje nią być. Jest co najwyżej świadectwem, że nie trzeba podążać ścieżką nakreśloną przez freaków z siłowni, profesjonalnych sportowców i toksycznych kołczów, aby osiągnąć obiecujące rezultaty i zrzucić z siebie balast nadprogramowych kilogramów.

Można inaczej.