Beczka miodu z kilkoma kroplami dziegciu. Recenzja gry Bee Simulator

W dobie symulatorów maści wszelakiej – zarówno tych poważnych pokroju Microsoft Flight Simulator, jak i tych, które za motyw przewodni biorą wzrastanie źdźbeł trawy, niszczenie otoczenia kozą czy bezcelowe wpatrywanie się w kamień – aż dziw, że dopiero niedawno ktoś wpadł na pomysł stworzenia symulatora pszczoły. Tak czy inaczej Bee Simulator powstało. I to nie byle gdzie, bo w Polsce, czyli w kraju, jak powszechnie wiadomo, słodkim jak miód i modem płynącym.

Gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie, świat, w którym gra ta dzieje się

Bee Simulator przenosi nas do fikcyjnego, niewielkiego świata, pełnego kwiatów, drzew oraz dzików i jeleni hasających beztrosko kilka metrów od ludzi. W świecie tym gatunek ludzki zachowuje się jak bezrozumne zombie, łażące w kółko bez celu i powtarzające dźwięczne „bla, bla, bla”, natomiast zwierzęta porozumiewają się ze sobą ludzkim głosem.

Bee Simulator screen z gry

I choć zapowiedź ta może nie brzmieć zbyt kusząco, przestrzeń, w której rozgrywa się Bee Simulator, zła nie jest. Jest co prawda pod wieloma względami ograniczona, schematyczna i niepozbawiona wad, ale jej kształt i wielkość tworzą spójną całość z mechaniką rozgrywki.

Trzeba również pamiętać, że Bee Simulator to gra stosunkowo niewielka i krótka. Przejście kampanii fabularnej zajęło mi mniej niż cztery godziny, więc nawet nie zdążyłem poczuć, że świat gry zaczyna być dla mnie za mały.

Kolejna rzecz, o której wielu recenzentów zapomina – Bee Simulator jest tytułem przeznaczonym dla młodego odbiorcy. I jako taki właśnie powinien być rozpatrywany i oceniany. Co prawda dzieckiem nie jestem już od dawna, ale mentalnie dalej zdarza mi się mieć 10 lat, więc podczas gry starałem się przyjąć perspektywę zarówno młodocianego gracza, jak i jego rodzica.

Bee Simulator screen z gry

I z obu tych perspektyw świat gry wydaje mi się „odpowiedni”. Trudno się w nim zgubić; znaczniki na kompasie, podświetlenia kluczowych obiektów czy obręcze, przez które należy przelatywać, prowadzą za rękę, na szczęście nie jest to nawigowanie łopatologiczne. Swoboda w eksplorowaniu mikroświata gry jest naprawdę spora.

Co się tyczy estetyki gry, trzeba przyznać, że jest bardzo kolorowo, ale czytelnie. O graficznych wodotryskach nie może być mowy, bo Bee Simulator wizualnie wygląda jak tytuł sprzed dekady, niemniej brzydko też nie jest. Ot, przeciętnie – bez szału, ale i bez tragedii.

Bee Simulator screen z gry

Maleńka pszczółka mieszka w nim

W grze, jak nietrudno się domyślić, wcielamy się w nowo narodzoną pszczołę i pierwszym, co musimy zrobić, jest nadanie jej imienia. W dalszej kolejności przechodzimy przez krótki samouczek, oprowadzający nas po kilku podstawowych mechanikach gry; uczymy się, jak latać i zbierać pyłek, gdzie go dostarczać, dowiadujemy się, że pyłek pyłkowi nierówny, bo wśród chmary pospolitych kwiatów z pospolitym pyłkiem znajdują się także kwiaty premium.

Bee Simulator screen z gry

Samo sterowanie pszczołą po szybkim nabraniu wprawy jest naprawdę wygodne. Na tyle, że przelatywanie z kwiatka na kwiatek nabiera walorów relaksacyjnych. Bee Simulator naprawdę potrafi odprężyć. W zasadzie ta gra niczego od nas nie wymaga, możemy robić, co nam się podoba, bez obawy o jakiekolwiek konsekwencje. Inna rzecz, że zbyt wiele do roboty nie ma. Oprócz zbierania pyłu kwiatowego możemy brać udział w podniebnych pościgach, walczyć z osami lub szerszeniami czy powtarzać „taneczne” ruchy innych pszczół. O samych mechanikach więcej powiemy sobie potem.

Warto wspomnieć, że podczas latania mamy możliwość skorzystania z „beetro”, czyli przyspieszenia, które regenerujemy, pobierając energię ze owoców i słodyczy pozostawionych przez ludzi. Do dyspozycji mamy również „pszczelą wizję”, czyli zmianę kolorystyki widzenia, która ma pomóc w lokalizowaniu rzadkich kwiatów.

W sterowaniu naszą pszczelą protagonistką świetne jest również to, że przylepiając się do podłoża, możemy wspinać się po pionowych ścianach i nie poddawać się grawitacji, łażąc po sufitach.

Bee Simulator screen z gry

Co wieść chce wśród owadów prym

Historia przedstawiona w Bee Simulator jest dziecięco naiwna i czarno-biała. Nie jest to bynajmniej zarzut, biorąc pod uwagę, że to dzieci właśnie są docelowymi odbiorcami tego tytułu. Co więcej, warstwa fabularna przekazuje niezwykle pozytywne wartości, na każdym kroku podkreślając istotność pszczół dla ziemskiego ekosystemu. Uświadamia także, że jeśli jako ludzkość nie podejmiemy odpowiednich kroków, populacja tych pożytecznych owadów wciąż będzie drastycznie spadać.

Bee Simulator screen z gry

Problem wymierania pszczół ukazany jest w skali mikro. Jesteśmy świadkami perypetii jednego ula, który nieustannie musi mierzyć się z rozmaitymi zagrożeniami. A tu środki owadobójcze, a tu agresywne szerszenie i osy, a tu ludzie chcący ściąć drzewo, na którym znajduje się ul.

Nasza pszczela protagonista bardzo by chciała awansować w ulowej hierarchii do rangi zwiadowcy i brać czynny udział w poszukiwaniu nowej lokalizacji do zasiedlenia, ale Królowa Matka nie pozwala jej na to, twierdząc, że jest na to zbyt młoda. Wraz z kolejnymi dostawami kwiatowego pyłu sytuacja kolonii staje się jednak coraz gorsza, więc nasza pszczoła bierze sprawy we własne skrzydła.

Wykonujemy zatem różne zadania, mało ciekawe i powtarzalne. Wydawałoby się, że jak na tak krótką przygodę questy powinny być bardziej zróżnicowane, z drugiej strony zanim zdążymy się tym wszystkim znudzić, jest już po wszystkim. Inna rzecz, że jako ojciec młodego chłopca wiem, jak bardzo dzieci lubią powtarzalność – oglądanie do znudzenia tych samych kreskówek, w kółko te same zabawy, te same kryjówki w chowanego. Do czego zmierzam? To, co dla starszych graczy może być wadą, dzieciaki mogą odebrać jako zaletę.

W trakcie zabawy, głównie na ekranach ładowania, przewijają się wartościowe ciekawostki dotyczące pszczół. Niestety jest ich tak niewiele, że w przeciągu (maksymalnie) czterogodzinnej kampanii stale się powtarzają.       

Bee Simulator screen z gry

Tę pszczółkę, którą tu widzicie, zowią… tak, jak sami ją nazwiecie

Bee Simulator daje możliwość prostych modyfikacji naszej pszczoły. Możemy na przykład zmienić „skórkę” owada za punkty zdobywane w miarę upływu fabuły. Zawsze to jakieś urozmaicenie, choć na tym polu można byłoby pokusić się o znacznie więcej zawartości.

Bee Simulator screen z gry

Wszyscy pszczoły znają i… nie tylko pszczoły

Wspomniałem już, że Bee Simulator stawia mocno na edukacyjny walor rozgrywki. Oprócz wiedzy i ciekawostek o samych pszczołach, odkrywamy też informacje o innych owadach i nie tylko. Ta mała dawka wiedzy prezentowana jest w estetycznej formie kart książek lub prezentacji z modelem 3D. Znajdują tam zarówno graficzne przedstawienia stworzeń, jak i tekst, który pozwala lepiej poznać takie istoty, jak np. mucha domowa czy konik polny.

Bee Simulator screen z gry

Pszczoła fruwa tu i tam, tu kogoś pobije, tam się z kimś pościga

Tak, nasza pszczoła toczy pojedynki z innymi owadami, głównie z osami i szerszeniami. Oczywiście sama w sobie jest postacią nieskazitelną, więc albo walczy w słusznej sprawie, albo w samoobronie. Walka sprowadza się do naciskania odpowiednich przycisków na myszy w odpowiednim czasie, aż do wyczerpania punktów życia (naszych bądź przeciwnika).

Bee Simulator screen z gry

Inną mechaniką pojedynkowania się są wyścigi (lub pościgi) 1 vs. 1. Tu rzecz jest jeszcze prostsza, po prostu kierujemy naszą pszczołą po wyznaczonej trasie, przelatując przez kolejne obręcze i starając się, by wszystko odbyło się w jak najkrótszym czasie.

Czasem przyjdzie nam spotkać pszczołę, która będzie chciała wskazać nam lokalizację jakiegoś super rzadkiego kwiatu, z którego warto zebrać pył. Jak wiadomo, pszczoły porozumiewają się dwojako: za pomocą sygnałów dźwiękowych, ale też specjalnego tańca. Mechanika wskazywania drogi stawia właśnie na ten drugi sposób. Co więc musimy robić? Powtarzać ruchy pszczoły (prawo, lewo, góra, dół), ułożone w krótkie sekwencje.

Bee Simulator screen z gry

Dla dorosłych graczy te „trudności” napotykane podczas gry nie będą stanowić większego wyzwania, ale dzieci również powinny sobie z nimi poradzić. PS. jest dostępny tryb kooperacji, niemniej nie za bardzo miałem z kim go wypróbować, bo mój „bombelek” jest na ten moment na etapie rozwoju, w którym mówi się wyrazy typu „mama” czy „pupa”.

Świat swój pokazuje nam (w akompaniamencie nastrojowego soundtracku)

Warstwa dźwiękowa to bodaj największy atut Bee Simulator. Za relaksującą muzykę odpowiada w całości Mikołaj Stroiński, czyli kompozytor, którego możecie kojarzyć między innymi z kultowego Wiedźmina 3. I trzeba przyznać, że pan Mikołaj ze swojej pracy wywiązał się wzorowo.

Na wyróżnienie zasługują też same dźwięki, mnie urzekło na przykład „plumkanie” rozbrzmiewające w chwilę po zebraniu kwiatowego pyłku. No poezja.

Bee Simulator screen z gry

Czy warto kupić Bee Simulator?

Jeśli macie dzieci, którym chcecie w sensowny sposób zaplanować czas przed komputerem lub konsolą, szczególnie teraz, gdy wszyscy siedzimy w domach – jak najbardziej tak. Bee Simulator to gra ze wszech miar nieidealna, wtórna, krótka, powtarzalna. Ale też wartościowa, bo zwraca uwagę na ważny dziś problem depopulacji pszczół na świecie.

Zakup Bee Simulator nie jest też zbyt kosztowny (zwłaszcza gdy zestawić ten tytuł z innymi), gra oferuje tryb kooperacji, jest słodka, kolorowa i… dziecięca. No i można dowiedzieć się z niej wielu ciekawych informacji o świecie pszczół, owadów, ale też innych stworzeń.

Minusy

  • grafika jak sprzed dekady
  • „tępe” modele ludzi
  • króciutka kampania fabularna
  • powtarzalne i wtórne mechaniki

Plusy

  • ładny, kolorowy świat (mimo ułomności graficznych)
  • polski dubbing
  • soundtrack
  • duży nacisk na walory edukacyjne
  • tryb kooperacji
  • przyjemne sterowanie
  • gra dopasowana do możliwości najmłodszych graczy
  • stosunkowo niska cena
Bee Simulator Dell G5

Bee Simulator + Dell G5 = iście pszczela współpraca

Grę Bee Simulator testowaliśmy na gamingowym laptopie Dell G5. Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o tej maszynie, sprawdźcie Dell G5 w sklepie x-kom.