Jak nic stało się materialne, czyli test i recenzja słuchawek Nothing Ear (1)

Jak każda historia i ta Nothing Ear (1) ma swój początek z inspiracji kilku ludzi. Jednak Nothing nie jest typowym startupem, założył go Carl Pei, a wsparli go przy tym między innymi Tony Fadell i Casey Neistat. To dobrze zwiastuje przyszłym produktom firmy. Po wielu miesiącach zapowiedzi i zmian koncepcji ich pierwsze dziecko przychodzi na świat – słuchawki Nothing Ear (1), a mnie udało się przetestować je przed premierą w Polsce. Czy było warto czekać? Myślę, że tak.

Techniczna garść informacji o Nothing Ear (1)

Zacznijmy od przedstawienia naszych Nothing Ear (1), które przez najbliższy czas będą w Polsce dostępne jedynie w x-kom. Na stronie słuchawek możemy wyczytać ich pełną specyfikację, jednak najważniejszymi, moim zdaniem, są tutaj:

  • są to słuchawki dokanałowe półotwarte
  • łączność Bluetooth 5.2
  • ANC z funkcją Transparency
  • pojedyncze membrany 11.6 mm
  • po trzy mikrofony na każdą ze słuchawek
  • ładowanie USB-C i bezprzewodowe w standardzie Qi
  • wykrycie słuchawek w uchu
  • sterowanie dotykowe
  • wodoszczelność IPX4
  • tylko 4,7 grama na słuchawkę

Sama specyfikacja wbija w ziemię i nie pozwala przejść obojętnie koło tych słuchawek, a to dopiero początek (krótkiej, ponieważ musiały już jechać do kolejnych recenzentów) przygody z nimi.

Unboxing ear (1) dla wytrwałych

Słuchawki są podwójnie zapakowane, pierwszą warstwę otwieramy, odrywając część ozdobnego opakowania z firmowymi nadrukami, po czym ukazuje nam się jednolite, srebrne opakowanie słuchawek. Otwieram je, aby sprawdzić zawartość, i ukazują się one. Są mniejsze, niż sądziłem, a jednocześnie z dużym płaskim etui ładującym.

Samo etui dodaje uroku słuchawkom, już przed jego otwarciem możemy podziwiać Ear (1) przez przezroczystą obudowę. Język stylistyczny jest tutaj równie futurystyczny, jak i samych słuchawek. Przezroczysta obudowa jest przełamana białym środkiem, gdzie zmieszczono całą elektronikę (baterię, cewkę ładowania bezprzewodowego, złącze USB-C itd.), a na niej spoczywają słuchawki.

Co mamy w opakowaniu?

Nothing sprezentowało nam podstawowy zestaw, bez wielu akcesoriów, jednak tutaj nawet okablowanie jest z tym specjalnym czymś – opleciony kabel USB-C – USB A jest dodatkowo chroniony przez przezroczystą folię. Całość zestawu prezentuje się jak poniżej:

  • etui ładujące
  • słuchawki
  • trzy pary wkładek (S, M i L)
  • kabel USB-C – USB-A
  • dokumentacja i skrócona instrukcja obsługi

Doceniam Nothing za dbanie o szczegóły, nawet kod QR prowadzący do aplikacji na smartfona jest zrobiony w tym samym stylu co inne napisy na słuchawkach. Tutaj jednak problemem okazał się mój smartfon, który nie poradził sobie z odczytem kodu. Na szczęście nazwa aplikacji Ear (1) poniżej kodu pozwoliła mi szybko znaleźć ją w Sklepie Play (jest również dostępna w AppStore).

Pierwsze wrażenia – wygląd Nothing Ear (1)

Zwykle wiemy, że gadżet podoba nam się już przy pierwszym spojrzeniu. Ale nie w przypadku Nothing. Te słuchawki aż błagają o przystawienie do nich lupy lub obiektywu makro i spojrzenie na nie z innej perspektywy.

Jednak na początek trochę historii, ich obecny wygląd bardzo różni się od tego, co Nothing prezentował nam w pierwszych materiałach promocyjnych. Teraz wyglądają na doroślejsze, nie są już w pełni przezroczyste, komora membrany została spowita odrobiną tajemniczej bieli. Jednak większość elektroniki znajdująca się w nóżce słuchawki jest odkryta i zaprasza do zgłębiania jej tajemnic.. 

Na moje nieszczęście nie miałem przy sobie prawdziwego makro 2:1, chętnie prześledziłbym, jak projektanci zaprojektowali ścieżki na PCB, ale nawet gołym okiem widać wdzięczne miasteczko kondensatorów i rezystorów, dach z czujnika dotyku i autostradę połączeń z mikrofonami i membraną.

Najciekawszym aspektem, poza przezroczystością, słuchawek jest komora dekompresyjna membrany, czyli dodatkowy otwór w słuchawkach zapobiegający uczuciu przytkania uszu podczas noszenia standardowych słuchawek. Powiem szczerze, że trudno jest się teraz na nowo przyzwyczaić do standardowych zamkniętych słuchawek dokanałowych.

Parowanie Nothing Ear (1)

Przed sparowaniem należy zainstalować aplikację Ear (1), włączyć Bluetooth, otworzyć etui i nacisnąć w aplikacji Connect – niestety aplikacja na teraz jest w języku angielskim. Parowanie powinno przejść bezproblemowo, ale jeśli słuchawki nie zostaną wykryte, wystarczy przytrzymać przycisk na boku obudowy, by słuchawki weszły w tryb parowania. Po tym można już wyjąć słuchawki, ale nie radzę tego jeszcze robić, wejdźcie w ustawienia i od razu ściągnijcie aktualizację firmware słuchawek, działają wtedy o wiele lepiej i nie gubią sygnału.

Funkcje i technologie w Nothing Ear (1)

Zacznijmy tutaj od końca, czyli ładowania i aplikacji sterującej. Słuchawki dostałem na kilka dni i w tym czasie dostały aktualizacje poprawiającą bugi znalezione przez producenta. Problem, który został, czyli odczyt naładowania etui, powinien być już niedługo poprawiony i nie wpływa na funkcjonowanie samych słuchawek.

Bezprzewodowe ładowanie etui jest bezproblemowe, ładuje etui szybko, a dioda informuje nas o prawidłowym ustawieniu na podkładce ładującej. Dla osób szukających szybszego ładowania – złącze USB-C jest umieszczone na boku etui, zaraz obok przycisku funkcyjnego. Słuchawki powinny działać do 5 godzin nieprzerwanej pracy, mogę to potwierdzić, ale tylko z wyłączonym ANC, po jego włączeniu słuchawki działają w okolicach 4 godzin. Na szczęście etui ładujące potrafi przedłużyć ten czas do 34 godzin, po otwarciu etui ze słuchawkami w aplikacji pojawia nam się stan naładowania etui i słuchawek. Jednak moja wersja firmware miała przekłamania w odczycie naładowania etui.

ANC

Najważniejszą cechą tych słuchawek jest zaawansowany algorytm ANC, mógłbym się nad nim dużo rozpisywać, ale powiem szczerze, działa dobrze, szczególnie w biurze. Gdy chcemy przełączyć jego tryb, wystarczy przytrzymać palec na jednej ze słuchawek i wchodzimy w tryb Transparency, gdzie słyszymy wszystko lepiej niż gołymi uszami. Przytrzymajmy palec na słuchawce jeszcze raz i wyłączymy ANC, wtedy możemy wyjść biegać lub na spacer w wietrzny dzień

Algorytm wyciszania jest podzielony w aplikacji na dwie wartości: Maximum i Light, niestety nie zauważyłem dużej różnicy na niższym trybie, więc zostawiłem go domyślnie na Maximum. W biurze, przy PC, w pociągu, autobusie czy jako pasażer w samochodzie nie mogę im nic zarzucić. Z włączonym ANC, czułem się odseparowany od hałasu, ale nie od otoczenia, które słuchawki przepuszczają w dostatecznym stopniu. Przez niską wagę nie czujemy ich w uszach, trzymają się pewnie, nie mamy uczucia zatkanych uszu.

Tryb Transparency jest bardzo intuicyjny, a szybkość i łatwość jego włączenia pozwala nam dołączyć do rozmowy bez ściągania słuchawek jeśli zajdzie taka potrzeba. Tutaj mała uwaga, przy włączeniu tego trybu muzyka nadal gra, ale podbicie zewnętrznych głosów pozwala na komunikację z innymi. Jeśli chcemy wyłączyć na chwilę muzykę, możemy wyjąć z ucha jedną ze słuchawek lub delikatnie dwukrotnie nacisnąć jedną z nich. Dla mnie szybciej było po prostu wyciągnąć słuchawkę, ale przy tym wyłączamy ANC i tryb Transparency.

Mikrofony

Kolejną ciekawostką związaną z działaniem słuchawek są ich mikrofony, dla mnie działają celująco, chociaż nadają głosowi charakterystyczny głęboki i cyfrowy dźwięk, to jednak poradzą sobie nawet z najtrudniejszymi warunkami i nie pozwolą przedostać się szumom i hałasom, które mogłyby zrujnować naszą rozmowę. Nagrany dźwięk przez Bluetooth jest mono i jest już pozbawiony szumów.

Brzmienie Nothing Ear (1)

Wracając do najważniejszego tematu, czyli jak brzmią te słuchawki? Zacznijmy od samego ANC. Nie wpływa on źle na brzmienie słuchawek, co więcej, gdy jest włączony, jesteśmy w stanie usłyszeć więcej niż normalnie. Gdy nie odtwarzamy muzyki ANC nie daje o sobie znaku przez cyfrowy szum znany z tanich słuchawek i kiepskiej implementacji algorytmów wyciszających. Jednak jeśli ktoś się uprze to dosłyszy nikły dźwięk słuchawek bliski granicy słyszalności.

Po wygrzaniu Ear (1) brzmią dobrze, basy są mięsiste, a średnie tony trochę bardziej zaakcentowane. Niestety, jeśli spodziewamy się tutaj audiofilskich słuchawek, to trochę brakuje góry – wysokie tony nie są tak szkliste jak powinny. Wbudowane w aplikację cztery ustawienia Equalizera, potrafią jednak sobie z tym problemem poradzić, są to:

  • Balanced
  • More Bass
  • More Treble
  • Voice

Przetestowałem wszystkie i myślę, że ta prostota spodoba się mniej zaawansowanym użytkownikom, pierwsze trzy pozwolą na dostosowanie brzmienia do swoich preferencji, a czwarta opcja, Voice, przyda się jeśli słuchamy audiobooków, podcastów czy uczestniczymy w spotkaniach i chcemy skupić się na rozmówcy.

Powiem to jeszcze raz, Nothing Ear (1) brzmią dobrze, a za obecną cenę trudno znaleźć lepsze brzmienie wprost z pudełka, niż oferują te słuchawki TWS. Są zrównoważone, w testach nie słuchać dołków czy sztucznie podbitych częstotliwości. Na szczególną pochwałę zasługują niskie basy z małym kopem i wyważone pasmo wokali z trochę wycofaną górą. Dzięki ANC scena przy odsłuchu potrafi się bardzo otworzyć przy ulubionym albumie, szczególnie w zaszumionym otoczeniu. Chociaż tutaj słuchawki mają drobne problemu z muzyką klasyczną, to jednak mocniejsze, soulowe czy bardziej popowe brzmienia są dla nich stworzone. Najlepszą jakość dźwięku dają od 2/5 do 4/5 swojej głośności, ale nawet rozkręcone do maksimum są przyjemne w odsłuchu – tutaj wysokie tony delikatnie uciekają.

Ocena słuchawek Nothing Ear (1)

Ear (1) są słuchawkami o niekonwencjonalnej stylistyce, odważnej nie ze względu nowego producenta na rynku, ale trudności technicznych, które wiążą się z projektowaniem „ładnych” układów na PCB. Tego Nothing nie mogę odmówić, słuchawki imponują swoim wyglądem i dbałością o szczegóły, która przypadnie do gustu geekom i futurystom. Co więcej, przezroczysta budowa optycznie pomniejsza słuchawki w uchu.

Pod względem technicznym Ear (1) są bardzo dobrym produktem startowym firmy, w którym widać kilka cech do poprawy (odwzorowanie wysokich tonów, więcej ustawień EQ, tryb gry z Windows), jeśli miałyby one konkurować z najlepszymi słuchawkami na rynku. Jednak biorąc pod uwagę ich cenę, sprawa zmienia się diametralnie. Dobrze działający ANC, intuicyjna obsługa, stabilny sygnał i dobra jakość dźwięku sprawiają, że są w stanie konkurować z dużo droższymi słuchawkami i przyciągają rewelacyjnym stosunkiem ceny do jakości.

Słuchawki świetnie spisują się podczas strumieniowania muzyki i mobilnego oglądania filmów w dowolnych warunkach. Mocniejsze brzmienia, elektronika i pop są z nimi przyjemne. Fani podcastów i rozmów telefonicznych pokochają tryb Voice, a dzięki IPX4 możemy również z nimi dbać o kondycję na siłowni lub na joggingu. Mimo to, jeśli szukacie słuchawek, które są skierowane dla audiofilów lub są czysto sportowe, radziłbym wybrać inny model, chociaż słuchawki z funkcjami Ear (1) będą już dużo droższe.

Ostateczną ocenę muszę tutaj podzielić na trzy składowe. Design 9/10 cały czas sprawiają efekt „łał”, zarówno słuchawki jak i samo etui. Funkcjonalność 8/10 ze względu na ANC i brak ustawień EQ użytkownika. Dźwięk 7/10 mięsisty bas i zrównoważone średnie pasmo z drobnym spadkiem wysokich częstotliwości przy dużej głośności. Ostateczna ocena to 8/10.

Minusy

  • wycofane górne pasmo
  • lekkie opóźnienie przy połączeniu z Windows
  • ANC przepuszcza szum o częstotliwości ludzkiego głosu
  • etui łapie mikrorysy

Plusy

  • stosunek jakości do ceny
  • brak efektu "zatkanych" uszu
  • dobry ANC i tryb Transparency
  • 4 godziny pracy z ANC i 5 bez
  • dobre niskie i średnie tony
  • ładowanie bezprzewodowe Qi
  • idealne do biura i w podróży
  • lepsza jakość dźwięku przy włączonym ANC
  • kodeki AAC i SBC

Ocena redakcji

8/10
PL - Cena/Jakość