„Transformers: War for Cybertron. Siege” – recenzja. Czy Transformery z Netfliksa dają radę?

Swój żywot zaczęły jako zabawki, a związane z nimi media były głównie wehikułem do ich reklamowania. Transformery – jeden ze złotych pomysłów lat 80., żywy do dziś – przeszły szereg wcieleń. Jedne były mniej udane, inne bardziej. Czy w nowym serialu Netfliksa – „Transformers: War for Cybertron” – zmiennokształtne roboty stanęły po stronie produkcji, które uwolniły się od klątwy „serialu o zabawkach” i zaprezentowały coś dla starszego widza i fana? Dowiecie się z tej recenzji (uwaga na lekkie spoilery!).

Background i fabuła

Zasadniczo mamy do czynienia z pierwszym sezonem trylogii. Pozostałe części będą nosiły podtytuły Earthrise i Kingdom. Siege składa się z sześciu odcinków, z których każdy liczy po plus minus 20 minut, przez co można połknąć całość w jeden wieczór.

Akcja osadzona jest na macierzystej planecie Transformerów – tytułowym Cybertronie – u schyłku wojny pomiędzy Autobotami i Decepticonami, zrodzonej na tle klasowym. Obie strony są zmęczone konfliktem. Bardziej widać tu w przypadku Autobotów, szala bowiem zdecydowanie przechyla się na stronę Decepticonów. Trwają desperackie poszukiwania nie tylko energonu (czyli ich podstawowego paliwa), ale również sposobów na zakończenie konfliktu.

transformers war for cybertron megatron
Źródło: Allspark Animation/Rooster Teeth via TF Wiki

Przewodzący Decepticonami Megatron godzi się tylko na bezwarunkową kapitulację, w czym ma mu pomóc całkowite zreformatowanie Autobotów. Może to zrobić za pomocą antycznego artefaktu, Wszechiskry. Dowodzone przez Optimusa Prime’a Autoboty muszą znaleźć ją pierwsze i usunąć z planety. Pomocny może być tu przypadkiem odkryty most kosmiczny, czyli brama do innych światów. A także usiłujący zachować neutralność poszukiwacz energonu – Bumblebee – w którego świadomości zapisały się mistyczne Protokoły Alpha Triona, poprzednika Optimusa Prime’a (jest w nich klucz do odnalezienia Wszechiskry).

transformers war for cybertron bumblebee alpha trion
Źródło: Allspark Animation/Rooster Teeth via TF Wiki

Tak z grubsza prezentuje się fabuła nowej serii Transformers. Zastanawiałem się, czy gdyby ten serial oglądał ktoś z perspektywy normalnego, zainteresowanego sci-fi widza, a nie fana, to czy byłaby go ona w stanie zainteresować. Pominę aspekt, że Transformery się trochę w popkulturze zasiedziały i nawet dla średnio zainteresowanych tematem nie są tak całkowicie obcym konceptem. Można za to podziękować filmom Michael’a Bay’a – inna rzecz, że są one również winne temu, że na TFy patrzy się jak na ogłupiające kino popcornowe.

Mam niestety wrażenie, że o ile sam koncept jest atrakcyjny dla kogoś, kto lubi science-fiction typu space opera z wielkimi robotami i postapokaliptycznym klimatem, o tyle już wykonanie mogłoby nie całkiem przypaść do gustu.

Nie chodzi o to, że tło fabularne mamy w sumie jedynie naszkicowane. Wojna, wspomniany konflikt klasowy (Decepticony były niegdyś zbuntowaną warstwą robotniczą, teraz mszczą się na elitarystycznych Autobotach z „pozłacanych pałaców”), rewolucja i obalenie tajemniczych panów (fani universum pewnie odgadną, że chodzi tu o pięciotwarzowych Quintessonów). Nie wszystko musi być w końcu podane od razu na tacy, a poszczególne karty zostaną zapewne odkryte w przyszłości.

transformers war for cybertron omega supreme
Źródło: Allspark Animation/Rooster Teeth via TF Wiki

Zresztą już teraz udało się całkiem zgrabnie zarysować pewne rzeczy. Obraz Megatrona jako ludowego bohatera rewolucji, który stał się typowym dyktatorem; z propagandowymi przemowami a’la Hitler czy Stalin i z własnymi portretami w poszczególnych salach. Szpital dla ofiar wojny, gdzie leczy się bez względu na stronę, albo czarny rynek. Nie wspomnę już o ogólnym klimacie niemalże wymarłej gigantycznej planety, z takimi miejscami, jak Morze Rdzy (ogromne cmentarzysko na drodze do Wszechiskry, z Transofmerami-zombie) czy przejście, w którym Decepticony prowadzą killcount poległych Autobotów.

Mimo to całość sprawia wrażenie powierzchowności. Jest mrocznie, jest posępnie, ale trochę to wszystko puste i nawet trochę zachowawcze względem innych wersji Transformers. Chciałoby się pogłębienia pewnych motywów, jak na przykład zarzucania Autobotom traktowania Decepticonów jako taniej siły roboczej i odgórne ich przypisywanie do prac górniczych.  Funkcjonowania czarnego rynku czy praktyk policyjnych. Tymczasem tego nie ma, a za to przy niektórych scenach i wątkach wydaje się, że są prowadzone trochę na siłę i zalatują kliszą.

Takie zagrania, jak heroiczne poświęcenie, nagła decyzja jednej z postaci o włączeniu się do gry czy rozgrzeszenie innej – jest to robione bardzo sztampowo, a pewne wygłaszane przy tym dialogi brzmią lekko kiczowato (na przykład ostatnie słowa jednego z umierających robotów czy wypowiadane przez Optimusa złote myśli).

Żeby być sprawiedliwym – zrobiłem sobie drugi seans serialu. Pomógł i pozwolił włączyć myślenie, że to wszystko się przecież dopiero rozkręca. Ten sezon to niejako zawiązanie akcji, przedstawienie świata i wprowadzenie bohaterów, przed którymi jeszcze długa droga. A skoro o bohaterach mowa…

transformers war for cybertron optimus ratchet impactor
Źródło: Allspark Animation/Rooster Teeth via TF Wiki

Postaci

Ogółem

Bohaterowie to w dużej mierze roboty znane z klasycznego G1 (jak określa się oryginalny serial z lat 80), choć – jak to zwykle bywa – poddane pewnym zmianom.

Najbardziej rzuca się w oczy to, że w przeważającej większości są raczej drętwi, a swoje kwestie wypowiadają w sposób dość monotonny i przewidywalny. Wyraźnie brakuje luzu, może trochę humoru, nawet czarnego – wojennego. Jeśli się pojawia, to jest on bardzo sztywno podawany.

W dużej mierze to właśnie kwestia dubbingu i jego reżyserii. O ile głosy zostały całkiem dobrze dobrane, o tyle nierzadko aktorom brakuje zwyczajnie ikry czy swady. Tymczasem bardzo często to właśnie głosy ratowały pewne niedostatki scenariuszowe (G1), czy sprawiały, że dana seria była jeszcze lepsza (Animated, Beast Wars). Zdecydowanie doskwiera brak zapadających w pamięci person, których pełne były wzmiankowane tu serie. Z nielicznymi wyjątkami, postaci z War for Cybertron jadą na „legendach” swoich wcześniejszych odpowiedników i choć nie wypadają źle, to jednak nie mają za bardzo czym zabłysnąć.

transformers war for cybertron autoboty
Źródło: Allspark Animation/Rooster Teeth via TF Wiki

Bliższe spojrzenie na bohaterów

Mamy oczywiście liderów obu stron – heroicznego Optimusa i ogarniętego żądzą podboju Megatrona. Pierwszy z nich wypadł dość sztampowo, trochę sztucznie i niezbyt przekonująco, a nawet nudno. Jego relacja z ukochaną – dzielną fembotką Elitą One, która miała być trochę głosem rozsądku, a trochę sercem, niezbyt przyciąga. Docenić można za to natomiast Megatrona. To budzący posłuch potężny Transformer, opętany obsesją realizacji własnej wizji przyszłości planety – czy się komuś podoba, czy nie. A jednak wolny od ulegania przesadnym emocjom, kalkulujący i posiadający szczątki honoru i zasad, które niestety nagina dla realizacji własnych celów.

Poza nimi mamy cały gąszcz mniej lub bardziej wyraźnych postaci. Wśród nich wybija się Bumblebee, który nie jest przedstawiany, jak to jest zazwyczaj, jako sympatyczny i heroiczny maluch (jak choćby w niedawnym filmie Travisa Knighta). Tutaj to raczej zgorzkniały oportunista, niechętny wobec przyłączenia się do którejkolwiek ze stron poszukiwacz energonu. Przyznam, że zmiana nieoczekiwana i całkiem interesująca, choć twórcy mogli pójść z tym dalej. Zamiast tego nasz Bee okazuje się wybrańcem (wspomniane przekazanie protokołów Alpha Triona). Niektórzy fani chcieliby taką funkcję pełnił już G1 (zamiast znienawidzonego przez cały fandom – prawie cały, ja tam na przykład go lubię – Hot Roda). Tu jednak motyw wybraństwa jest jednym z tych, które zostały potraktowane dość kliszowo. Przy drugim seansie jednak nie raził aż tak bardzo, a nawet daje nadzieję na interesujące rozwinięcie w przyszłości.

transformers war for cybertron ultra magnus
Źrodło: Allspark Animation/Rooster Teeth via TF Wiki

Dalej mamy takie postaci, jak naukowiec Autobotów Wheeljack (on i fembotka Arcee oraz Bee są nośnikami wspomnianego humoru), były policjant Prowl czy dowódca latających Decepticonów – Seekerów (Szperaczy) – Jetfire, który zmienia strony, gdyż nie chce popierać planów eksterminacyjnych Megatrona. Jego następca – zdradziecki Starscream (wyrazy uznania dla Franka Todaro, który w kilku scenach brzmi niemal identycznie jak oryginalny aktor dubbingowy Screamera – Chris Latta). Okrutny uczony Decepticonów – jednooki Shockwave i naiwnie wierzący w możliwość pokoju szlachetny „brat” Optimusa i Megatrona Ultra Magnus. Zbierający ranne Transformery medyk Ratchet oraz jeden z jego pacjentów – były Decepticon, oddany sprawom Cybertronu Impactor, który musi przełamać wzajemną niechęć z Autobotem Mirage’m – szlachetnie urodzonym, impulsywnym mistrzem kamuflażu.

Bohaterów jest więc sporo, niemniej nie wszyscy mają okazję zabłysnąć lub dać się bardziej polubić. Z drugiej strony są też świetne postaci epizodyczne, jak klon łącznościowca Decepticonów – Soundwave’a – czyli rządzący czarnym rynkiem Soundblaster. Urzekł mnie też honorowy Impactor, Prowl, który ewidentnie nie jest do końca dumny z metod, po które on, niegdysiejszy strażnik prawa, musi sięgać, oraz Mirage, który nieco przypominał wspomnianego Hot Roda. Wszystkie te postaci są w dużej mierze poprawnie przedstawione i zagrane, z kilkoma dobrymi momentami, ale bez przesadnych fajerwerków. Czekam aż rozwiną skrzydła lub albo dostaną bardziej wyrazistych kompanów.

Pozostałe aspekty

Strona wizualna

Zwraca uwagę i jest niewątpliwie jednym z plusów. Cybertron z opadającym niby śnieg popiołem, podejrzanymi zaułkami, ponurym, rdzawym brudem w jednym miejscu, pulsującymi światłem elementami w innym, jest naprawdę świetnie przedstawioną lokacją.

Jeśli chodzi o design robotów – tu mam mieszane odczucia. I w tym przypadku serial powstał w powiązaniu z linią figurek. To niestety czasem widać, gdyż różne postaci mają wyraźne figurkowe elementy (na przykład bolce), na co zwrócono uwagę w internetach. Czasem też ich elementy są bardzo rysunkowe, przez kojarzą się z którymiś ze starszych japońskich serii. Ale jest też na przykład pancerz Megatrona, gdzie wręcz czuje się zimną, wyrobioną stal.

war for cybertron transformery
Źrodło: Netflix

Muzyka

Z warstwy muzycznej kilka razy wybija się pulsująca muzyka elektroniczna, której mogłoby być trochę więcej. Zabrakło mi natomiast jakiegoś wyraźnego kawałka w (swoją drogą bardzo krótkiej) czołówce lub jakiejś wariacji na temat klasycznego tematu z G1 (jeśli gdzieś był, to niestety mi umknął).

Sceny akcji

Jest to zdecydowanie jeden z większych plusów. Najlepsze sceny tego rodzaju dostajemy w ostatnich dwóch odcinkach – walka na Morzu Rdzy czy bitwa przeciwko nacierającym siłom Decpticonów. Jednak już we wcześniejszych mamy robiące wrażenia starcia, jak choćby zasadzka na poszukujące Wszechiskry Autoboty czy walka z Decepticonami, podczas której Mirage ma okazję zademonstrować swoją technikę specjalną. A jeśli o tym mowa, to warto wspomnieć jeszcze o…

Do takich należy właśnie umiejętność Mirage’a, który tworzy swoje holograficzne klony albo ukrywa reparowany most kosmiczny przed wścibskimi Szperaczami (to połączenie zdolności jego odpowiedników z G1), tekst Soundwave’a Most inferior! w reakcji na „przemowę” Starscreama (wariacja na temat słynnych słów Dźwiękofalowca z Transformers: The Movie) czy to, że Wheeljack i Bumblebee są praktycznie pierwszymi Transformerami w tym serialu (podobnie jak w pilocie G1). Za nawiązanie do klasyki można by, nieco dowcipnie, poczytywać także to, że niektóre roboty posiadają na Cybertronie ziemskie tryby alternatywne (głównie chodzi o samochody).

transformers war for cybertron bumblebee elita one
Źródło: Netflix via Polygon

Są też odniesienia do innych dzieł sci-fi, choćby wrota Tarn-Hauser, co ewidentnie nawiązuje do Wrót Tannhausera ze słynnego monologu Roya Batty’ego z Blade Runnera, a „widmo” Alpha Triona (mentor Optimusa) wita się słowami Hello there, które chyba już na zawsze będą się kojarzyły z modelowym mentorem, czyli Obi Wanem ze Star Wars.

Podsumowanie – czy nowe Transformers się udały?

War for Cybertron – wspólny projekt Allspark Animation, Rooster Teeth i Polygon Pictures – jest serialem po prostu w porządku, który mógłby jednak być ciut lepszy. Są tu elementy, których fani pożądali od dawna, jak choćby przedstawienie wojny na Cybertronie czy wstawki dotyczące społeczeństwa Transformerów, ale mimo to czegoś brakuje. Drugi seans przysłużył się odbiorowi serialu i na pewno chętniej do niego wrócę niż do filmów Bay’a, ale już na przykład łatwiej mi było zabierać się za powtórkę Bumblebee. Z drugiej strony dobrze może, że twórcy poszli w zachowawczość, a nie silenie się na ostry i obrazoburczy serial dla samej ostrości.

Czy czuje się, że to reklama zabawek? Zdecydowanie nie. Czy jest to serial, który mimo wszystko trafi bardziej do fanów niż do zwykłego widza? Tak. Czy to bardziej dorosła, pogłębiona propozycja, na którą fani tyle lat czekają? Nie. Czy ogólnie warto dać mu szansę? Tak. I trzymać mocno kciuki za rozkręcenie się imprezy w kolejnych częściach.

Aż jedność z wielu powstanie (bardzo podoba mi się to tłumaczenie słynnego Til all are one)!

Minusy

  • fabuła zachowawcza i po prostu w porządku
  • nieco sztampowych lub kiczowatych momentów
  • drętwa gra aktorka
  • niewiele wyróżniających się postaci
  • design niektórych robotów
  • krótka czołówka i brak wyrazistego motywu muzycznego

Plusy

  • dobrze dobrani aktorzy głosowi
  • kilka interesujących kreacji - Megatron, Mirage, Prowl, Soundblaster, Impactor...
  • interesujący pomysł na Bumblebee
  • sceny akcji
  • design niektórych robotów
  • świat Cybertronu
  • fanservice

Ocena redakcji

6/10
war for cybertron transformers
Źródło: Netflix

Szukacie figurek Transformers (niekoniecznie z War for Cybertron)? Sprawdźcie te ze sklepu al.to.