Bitwa pod Waterloo, czyli musztarda po obiedzie

Bitwa pod Waterloo urosła do rozmiarów legendy. Od lat rozbudza zażarte dyskusje o tym, co by było, gdyby. My jednak wiemy, że była to tytułowa musztarda po obiedzie. W czasie, gdy bitwa pod Waterloo się rozgrywała, w Wiedniu na dobre trwała jedna, wielka, permanentna impreza. To znaczy, było to poważne spotkanie rządzących państwami dla niepoznaki nazwane Kongresem Wiedeńskim, ale działo się owo spotkanie na balach właśnie. Wszystko co mógł zrobić Napoleon, to wykonać ostatni, rozpaczliwy zryw. No i wykonał.

Sytuacja w Europie przed bitwą pod Waterloo. Dlaczego do niej doszło?

Jak już wspomnieliśmy we wstępnie, w Wiedniu trwały obrady nad nowym porządkiem w Europie. Władcy nie chcieli, by za parę lat kolejny Napoleon znów wywrócił wszystko do góry nogami. Żartobliwie napomknęliśmy o imprezie, gdyż tak się to wtedy załatwiało. Były bale, spotkania, rauty i w ich trakcie omawiano kluczowe kwestie. Dziś w zasadzie też jest podobnie, tylko pokazuje się nam poważnych jegomości w dopasowanych garniturach siedzących naprzeciw siebie przy stole. Tego, co jest później, zazwyczaj nie widzimy. Zresztą umówmy się. Wiecznie się tak siedzieć nie da, więc koncepcja dogadywania nowego ładu w trakcie balu ma swój urok. Oczywiście formalne spotkania też były, ale nie o tym Wiedeń pamięta po dziś dzień.

Wróćmy do przyczyn bitwy pod Waterloo i samego Kongresu. Napoleon wykończył się kampanią moskiewską i nie miał już siły trzymać w ryzach niemal całej Europy. Liczył tam na szybkie zwycięstwo i „załatwienie” całej sprawy w kilka tygodni. Miało to nastąpić dzięki paru decydującym starciom, ale Rosjanie mieli na tę wojnę inny pomysł. Był on dość swoisty i sprowadzał się do powolnego wycofywanie się w strachu przed walną bitwą. O dziwo pomysł ten zadziałał wyśmienicie.

Francuzi parli ciągle naprzód, a Rosjanie się wycofywali. Wreszcie Napoleon po zdobyciu Moskwy, z którego nic nie wynikło, rozpoczął spektakularny odwrót, naznaczony ciałami poległych żołnierzy swoich wojsk. Generał „zima”, ogromne rosyjskie przestrzenie i rozciągnięcie do granic możliwości linii zaopatrzeniowych wykończyły nawet Napoleona, który cudem uniknął śmierci wraz z resztkami armii.

Ostatecznie jak domek z kart zaczęła się rozpadać jego układanka, a przeciwnicy rośli w siłę. Po nieudanej kampanii w Rosji Napoleon miał jeszcze swoje momenty pod Lützen i Budziszynem, ale były to raczej ostatnie zwycięskie akordy tego etapu europejskiej zawieruchy.

Pod Lipskiem Napoleon, mając o połowę mniej wojska od koalicji, poniósł porażkę. Krótko potem Hiszpania i Włochy zostały stracone, a dotychczasowi sprzymierzeńcy się wykruszali. Niebawem miało się okazać, że VI koalicja antynapoleońska wreszcie zrobiła to, czego pięć poprzednich nie było w stanie. Paryż został zdobyty, Napoleon abdykował, a na tron wrócili Burbonowie.

Koniec końców ratując się przed jeszcze gorszymi dla siebie konsekwencjami, Cesarz w ramach traktatu z Fontainbleau udał się na Elbę, która stała się jego księstwem. Zamiast wielotysięcznej armii miał pod sobą zaledwie kilkuset żołnierzy i ochoczo zabrał się za robienie porządków na wyspie. Jakby jednak nie patrzeć na całą sytuację, to była to dla niego degradacja trudna do przełknięcia. Wydaje się, że wyczekiwał tylko okazji, by znów wrócić do gry.

Kongres Wiedeński
Kongres Wiedeński okazał się być przepiękną okazją to sprawdzenia w praktyce umiejętności tanecznych. Przy okazji można też było nieco po obradować. Źródło: Wikipedia

Okazja czyni Napoleona, czyli Cesarz opuszcza Elbę i ląduje na kontynencie. 100 dni

Napoleon nie umiał wysiedzieć w miejscu. Zarządził na Elbie tym, czym dało się zarządzić, naprawił to, co było do naprawienia, ufundował to i owo i… zaczął zerkać w kierunku Europy, a w szczególności ku jego ukochanej Francji.

Tam nie działo się najlepiej. Kongres Wiedeński specjalnie francuzów nie upokorzył, by uniknąć  zbytnich resentymentów, ale sielanki też tam nie było. Ludwik XVIII nie mógł rządzić w sposób absolutny. Musiał żonglować pomiędzy grupami społecznymi wykazującymi niezadowolenie, no i starać się udobruchać armię.

Z tym szło mu jednak mizernie. No w zasadzie to nie szło wcale. Pozwalniał oficerów, dając im groszową emeryturę, a szeregowi i inwalidzi musieli żebrać. Na dokładkę na stołkach posadził żołnierzy, którzy chwile temu walczyli z Francją. Ferment musiał się z tego tytułu zrobić niesamowity.

Nie jest jasnym, czy „dobrzy” ludzie z Austrii i Wielkiej Brytanii nie sączyli Napoleonowi do ucha idei powrotu. Nie roztrząsając, jak to dokładnie było, 15 marca 1815 roku Cesarz opuścił Elbę i wylądował na ojczystej ziemi z około 1000 żołnierzy. Jego początkowo mikroskopijna armia rosła nie przez pączkowanie, a przez zmianę stron. Jednostki masowo przechodziły pod jego dowództwo i wraz ze zbliżaniem się do Paryża jasnym zaczęło być, że masa krytyczna została osiągnięta. Gdy 20 marca wszedł do miasta, króla już tam nie było.

Według wyliczeń historyków Napoleon w krótkim czasie zgromadził dzięki zręczności swego marszałka Davout około 275000 żołnierzy. Cóż jednak z tego, skoro koalicja (tym razem już VII – nowa zadyma Napoleona = nowa koalicja) miała pod bronią 800000 ludzi i spore rezerwy w zanadrzu. Mimo tej oczywistej dysproporcji rękawica została rzucona, a przeciwnicy Napoleona nie wahali się jej podjąć.

marszałek Davout
To, że Napoleona w trakcie swych 100 dni zebrał tak dużą armię, to między innymi zasługa marszałka Davout. Źródło: Wikipedia

Sytuacja przed bitwą pod Waterloo

Nie ma co ulegać magii wielkich liczb. Napoleon miał co prawda pod bronią około 275000 ludzi, ale nie wszystkich mógł wykorzystać naraz. W kraju tu i tam trzeba było pilnować niewielkich rebelii, granice też kimś trzeba było obsadzić i koniec końców siły, jakimi Napoleon mógł dysponować, wynosiły mniej niż połowę tego – jakieś 124000 żołnierzy. Rozpoczął też intensywny pobór i na jesień liczył na armię liczącą 500000 ludzi, ale do jesieni było jeszcze daleko…

Mając znacząco mniejsze siły, Napoleon musiał ratować się dynamicznym manewrem i próbować rozprawić się z przeciwnikami po kolei, zanim Ci zjednoczą siły. Sojusznicy postanowili czekać na nadejście Rosjan z ostateczną rozprawą i tutaj rodziła się szansa dla Napoleona.

Pierwszy cios miał spaść na Brytyjczyków i Prusaków, których Cesarz chciał pokonać gdzieś na terytorium Belgii. Gdyby ten manewr się udał, mógłby następnie skierować swoją uwagę na Austriaków i Rosjan, którzy już nadciągali ze wschodu.

Marszałek Michel Ney starł się z Brytyjczykami dowodzonymi przez Arthura Wellesleya (1. księcia Wellington) pod Quatre-Bras, ale nie zadał mu śmiertelnego ciosu. Działał zbyt opieszale i przeciwnik, umocniwszy się, wytrzymał jego napór. Po obu stronach straty były wyrównane i wyniosły nieco ponad 4000 ludzi.

Napoleon w tym czasie zaatakował korpus Gebharda Leberechta von Blüchera i gdy wydawało się, że zmiażdży go kompletnie pod Ligny, to zabrakło komunikacji wewnętrznej pomiędzy jego oddziałami.

Blücher miał swoich żołnierzy ustawionych na stoku i kontrolował znajdująca się poniżej dolinkę, ale przez to był doskonałym celem dla artylerii. Korpus Droueta mający rozbić prawa flankę prusaków nie podołał zadaniu. Miotał się między rozkazami Neya, a Napoleona i łaził bez sensu tam i z powrotem w wyniku braku komunikacji. Tymczasem Francuzi mieli dostrzec jakieś zagrożenie na swych tyłach i się cofnęli.

Widząc to, Blücher ruszył do ataku, ale Gwardia wytrzymała napór. Gdy okazało się, że zagrożenie to w rzeczywistości maszerujący Drouet, Napoleon wiedział, że ma szansę.

Gwardia, wspierana przez jazdę, ruszyła na centrum i pruska linia się załamała. Cesarzowi zabrakło jednak sił na rozbicie skrzydeł. Straty znów były porównywalne. Napoleon, zamiast wykorzystać okazję, działał ostrożnie. Za resztkami armii pruskiej ruszył marszałek Emmanuel de Grouchy z 33000 ludzi, znacząco osłabiając siły główne. Na dodatek zaczęła też należycie działać komunikacja wśród koalicjantów, a i pogoda nie sprzyjała Napoleonowi.

Tymczasem niezrażeni sytuacja i niemający w sumie wyjścia Napoleon i Ney postanowili dopaść Wellingtona pod Waterloo. No i go dopadli, ale nie tak jak chcieli…

Waterloo znajduje się na południe od Brukseli. Źródło: openstreetmap.org

Gdzie znajduje się Waterloo?

Zanim przejdziemy do samej bitwy, warto napisać słów kilka o jej lokalizacji. Miejscowość, a w zasadzie niewielka wioska Waterloo, w czasach napoleońskich była jedną z wielu niewiele znaczących, choć historycznych osad. Dopiero po przegranej przez Francuzów bitwie zyskała wielką sławę. Wioseczka ta zlokalizowana jest 9 kilometrów na południe od Brukseli.

Dziś administracyjnie Waterloo znajduje się w prowincji Brabancja Walońska i jest częścią większego regionu Belgii zwanego Walonią. Umiejscowiona jest niemal na samej granicy pomiędzy Walonią a Flandrią, więc turysta, zwiedzając region, może się zdziwić, że kawałek dalej „gadają” już zupełnie inaczej, choć to niby cały czas ta sama Belgia.

By upamiętnić starcie, które przypieczętowało losy Napoleona, w miejscu bitwy, a dokładnie  w miejscu trafienia księcia orleańskiego Wilhelma II kulą z muszkietu, usypano wielki kopiec, na szczycie którego ustawiono pomnik lwa. Liczy on aż 41 metrów wysokości, co w dość płaskim regionie robi spore wrażenie. Kopiec ten wraz z lwem znajdują się w herbie dzisiejszego miasta, a z jego wzgórza turysta ma doskonały ogląd niegdysiejszego pola bitwy.

Pod Waterloo nawet Gwardia nie dała rady przeważającym siłom wroga. Źródło: Wikipedia

Siły obu stron pod Waterloo

Wydawać by się mogło, że Napoleonowi sprzyja los. Dowódca Brytyjczyków sam określał swoje liczące ponad 93000 ludzi wojsko jako „infamous”. Blücher mający pod bronią 4 korpusy, w sumie 120000 ludzi, miał w swoich szeregach wielu niedoświadczonych rekrutów. W liczbie tej znajdował się również korpus brytyjski z kompletnymi gołowąsami, którzy prochu bitewnego jeszcze nie zaznali.

Z kolei kontyngent holenderski brytyjska Britannica określa delikatnie jako „unreliable”, czyli niesolidny. Nie ma co się dziwić. Jeszcze rok temu służyli pod Napoleonem. W menażerii tej znajdowali się też żołnierz z Brunszwiku i Hanoweru, ale była też jaśniejsza strona. Był nią kontyngent weteranów z Hiszpanii, który z pewnością wiedział, którą stroną ładuje się muszkiet.

Tymczasem Napoleon miał za sobą w znaczącej mierze weteranów, którzy sami przecież przechodzili na jego stronę. Ta wola walki, ten duch bojowy, mogły być dodatkowym atutem.

W założeniu korpus brytyjski i pruski miały wspierać się nawzajem, jeśli zajdzie taka potrzeba, ale Napoleon był wbity pomiędzy nich klinem, więc nieco im krzyżował szyki.

 

Przebieg bitwy pod Waterloo

Po nierozstrzygających starciach pod Quatre-Bras i Ligny Napoleon chciał 18 czerwca 1815 roku zadać ostateczny cios Wellingtonowi pod Waterloo. Niesprzyjająca pogoda opóźniła rozpoczęcie ataku przez Francuzów. Cesarz chciał, by teren starcia się nieco osuszył po ostatnich ulewach.

Tymczasem Wellington sprytnie oparł swoje prawe skrzydło o zabudowania Hougoumont, centrum o La Haye Sainte, okoliczne żywopłoty i lokalną drogę, a odwody schował za wzgórzem, dzięki czemu nie były narażone na ostrzał artylerii. Lewe skrzydło, od strony Lasku Paryskiego, miało po swojej stronie prusaków, więc było stosunkowo bezpieczne. W sumie Wellington miał pod sobą 67 tysięcy ludzi i 156 dział.

Napoleon miał zatem przeciwnika przygotowanego i uszykowanego do bitwy. Jego atutem było aż 246 dział, których ogniem mógł zasypywać pozycje przeciwnika.

Plan Napoleona

Cesarz specjalnie się nie wysilił w konstruowaniu skomplikowanego i wielowarstwowego planu. Jego rozwiązanie było proste. Zaatakować Hougoumont niewielkimi siłami i wymusić wysłanie wsparcia przez przeciwnika. Gdyby tak potoczyły się wydarzenia, Napoleon planował rozpoczęcie generalnego ataku.

O 11.30 zagrzmiały działa. Hiszpańskie doświadczenia Wellingtona i odpowiednie uszykowanie wojsk za wzgórzem uczyniły ostrzał nieskutecznym. Swoją rolę odegrała tutaj też pogoda. Namoknięta i grząska po ulewach ziemia nie odbijała pocisków armatnich, tylko je amortyzowała.

Atak na Hougoumont się nie powiódł. Co prawda część żołnierzy wdarła się do zabudowań, ale bramę zaopatrzeniową szybko zamknięto i natarcie się załamało. Pozycje obronne były zbyt silne, by je sforsować z marszu.

Następnie Napoleon zaatakował bliżej centrum. Wojska przeciwnika zaczęły się cofać, ale szarża kawaleryjska odrzuciła Francuzów, którzy też zaczęli się wycofywać. Rozochoceni jeźdźcy brytyjscy poszli jednak za daleko i spadła na nich kontrakcja ze strony kawalerii francuskiej, która ich rozbiła.

Pruskie chmury na horyzoncie

Tymczasem nad polem bitwy zawisło widmo pojawienia się wojsk pruskich, więc Napoleon musiał bronić swej prawej flanki. Gdy francuska kawaleria uznała, że wojska Wellingtona się wycofują, zaatakowała w centrum, które było ustawione w czworoboki. Anglicy trzymali się dzielnie pomimo ostrzału, a dodatkowo na mokrym gruncie francuscy jeźdźcy nie mogli uzyskać odpowiedniego impetu.

Napoleon, widząc co się dzieje, musiał cały czas wzmacniać prawą flankę, gdyż Prusacy byli już na jego skrzydle. W końcu Neyowi udało się jednak zdobyć La Haye Sainte i centrum koalicji zaczęło się załamywać. Ney prosił o posiłki, by dokończyć dzieła, ale Napoleon uznał, że trzeba uderzyć mocniej na żołnierzy pruskich i odbić wioskę Plancenoit. To zniweczyło sukces Neya.

Wieczorem Napoleon wysłał do boju Gwardię Cesarską, ale… uderzyła w najmocniejszy punkt obrony przeciwnika i nawet stare wiarusy nie dały rady. Natarcie się załamało. Gdy wieść o tym się rozeszła, było już „po zawodach”. Duch bojowy w armii francuskiej upadł, gdyż skoro Gwardia nie dała rady, to kto miał dać? Francuzi oddali pola. Rozpoczął się pościg za uciekającymi. Napoleon utracił 40000 ludzi, a koalicja ledwie 22000.

Pole bitwy można do dziś podziwiać ze szczytu usypanego na jej upamiętnienie kopca. Źródło: Wikipedia

Waterloo. Krajobraz po bitwie

Przegrana pod Waterloo była jednoznaczna. Napoleonowi zostało już tylko uciec się do ludu, który miałby powstać i walczyć, ale uznał on, że nic to nie zmieni. Abdykował na rzecz swoje go syna, a w Paryżu natychmiast ruszyła machina przywracania monarchii. Zrezygnowany ex cesarz próbował udać się na emigrację w jakieś „przytulne” miejsce typu Ameryka lub Wielka Brytania, ale VII koalicja miała wobec niego inny plan. Bilet w jedną stronę, jaki mu zafundowano, pokierował go na Wyspę św. Heleny, czyli daleko, daleko od Starego Kontynentu. Stamtąd nie miał już szans na kolejną eskapadę.

Na Francję nałożono spore kontrybucje, ale nie doszło do podzielenia kraju w obawie o oddolne ruchy rewolucyjne. Do czasu spłacenia długu kraj musiał też utrzymywać armię okupacyjną, więc z pewnością francuzom zależało na jak najszybszym pozbyciu się tych niedogodności. Pobita i pokonana Francja nie powiedziała jednak ostatniego słowa w europejskiej historii. Kolejne dni chwały dla imperium znad Loary miały jeszcze nadejść, ale to temat na inną opowieść.

Postscriptum

Czy anglików dało się pokonać? Chyba nie. Jak pokonać kogoś z takim podejściem do życia:

 

Uxbridge: ‘By God, sir, I’ve lost my leg!’

Wellington: ‘By God, sir, so you have!’

 

No nie da się, nie da…

Postscriptum 2

A jak już Francuz jaki do Lądka przybędzie,

strudzony podróżą w to metro siędzie…

Bitwa pod Waterloo miała miejsce 18 czerwca 1815 roku.

Waterloo leży na terenie dzisiejszej Belgii, na południe od Brukseli.

Napoleon dysponował mniejszymi siłami w porównaniu z wojskami koalicji oraz nie w pełni wykorzystał możliwości taktyczne.

Źródła:

  • Pozycje zwarte:
    • Żywczyński, Historia Powszechna 1798-1870, Warszawa 2002.
  • Źródła internetowe:
    • https://www.britannica.com/event/Battle-of-Waterloo
    • https://www.nam.ac.uk/explore/battle-waterloo