„Amerykańska” sieć. Lotniskowce na Pacyfiku

Co zrobić, jeśli nie ma się wystarczającej liczby lotniskowców, by skutecznie realizować swoje cele geopolityczne? Trzeba zaprząc do roboty sojuszników. Na naszych oczach wyłania się „amerykańska” sieć lotniskowców, czyli sojuszniczy układ kompatybilnych ze sobą systemów, a nawet całych marynarek wojennych. Sprytnie!

Sieć lotniskowców, czyli jak to zrobić, by się nie narobić

Nawet wszechpotężne Stany Zjednoczone mają jakieś swoje progi bólu i pomimo tego, że FED odstawia cuda na kiju, budżet i finanse publiczne z gumy nie są. Amerykanów nie stać na to, by na przykład, zamiast 10 dużych lotniskowców, mieć ich 20. To samo tyczy się mniejszych okrętów przystosowanych do transportu samolotów bojowych.

W związku z tym rodzi się niebezpieczna sytuacja, gdyż zadań przybywa, problemów nie ubywa, a w skarbcach pusto, a przynajmniej trzeba się dobrze maskować żonglowaniem pomiędzy QE „Forever” a taperingiem (to takie finansowe wytrychy otwierające dalsze zadłużanie i potencjalne oddłużanie).

Nie na darmo jednak Stany Zjednoczone mają swoich sojuszników. Na potwierdzenie tego mamy ostatnimi laty wysyp koncepcji bazowania samolotów F-35B na pokładach sojuszniczych okrętów. Szlaki oczywiście przetarła Wielka Brytania, która już ochoczo hasa po Pacyfiku. Poza Lightningami II testuje równocześnie drony startujące z pokładu jej najnowszego cacuszka. Sama Wielka Brytania z dwoma lotniskowcami to oczywiście dużo za mało, gdyż jeden i tak zazwyczaj będzie szkolił załogi lub będzie w trakcie przeglądu, ale na szczęście sojuszników, póki co nie brakuje…

HMS Prince of Wales lotniskowiec gibraltar
Brytyjczycy po wielu latach nieobecności powrócili na szerokie wody z nowymi lotniskowcami i już współdziałają z Amerykanami. Źródło: Royal Navy

Japonia i Korea Południowa dołączają do sieci

W zdemilitaryzowanej (na papierze) Japonii budowa lotniskowców mogłaby być źle odbierana lokalnie i globalnie. II wojna światowa jest nadal żywa w pamięci wielu mieszkańców regionu i czasy, gdy japońska flota hulała po Pacyfiku, mogą być mocno drażliwe.

Dlatego otwarta budowa lotniskowca byłaby problematyczna. Tak się jednak złożyło, że budowa okrętu do przenoszenia śmigłowców takim wielkim problemem już nie była. Zupełnie przypadkiem złożyło się również tak, że po niewielkich przeróbkach pokładu na okrętach tych można ze spokojem transportować samoloty F-35B. Jak nietrudno się domyślić, długo czekać nie musieliśmy i już na październik planowane są operacje amerykańskich Marines z ich F-35B z tychże lotniskowców. Japonia wiele bogatsza od Wielkiej Brytanii nie jest więc też ma tylko dwa okręty tego typu, a zatem w ciągłej gotowości służyć też będzie pewnie tylko jeden.

Skoro Japonia wykonała taki krok, to Korea Południowa nie mogła być dłużna. Sytuacja na półwyspie jest niezwykle napięta już choćby ze względu na Koreę Północną, ale nikt tam nie zapomniał, co Japończycy wyczyniali z Koreańczykami. Wpis ten mogą czytać dzieci, więc dla świętego spokoju pominę szybką przypominajkę z historii.

Nie przedłużając, panuje między obu państwami chłodna, szorstka męska przyjaźń biznesowo-sojusznicza, ale „mięty” to tam nie ma i w dającej się przewidzieć przyszłości nie będzie. Niemniej jakoś przeciwko tym Chinom szeregi zwierać trzeba, więc oba państwa, mniej lub bardziej, się jednak dogadują. Tak czy inaczej, w Korei południowej okręty klasy Dokdo mają również być zdolne do obsługi na morzu samolotów F-35B i układanka nam się domyka. Koreańczycy przelicytowali jednak Japończyków i okręty tego typu mają powstać 3, a co za tym idzie można liczyć na 1 lub 2 w linii.

Okręty klasy Izumo bardzo szybko dostosowano do przenoszenia samolotów F-35B drastycznie poszerzając ich możliwości. Źródło: JMSDF

Gwóźdź programu, czyli F-35B

Zwornikiem całej tej koncepcji, która wyłania się z mgieł Pacyfiku, są samoloty F-35B. W przeciwieństwie do samolotów F-35 dla Polski, są to maszyny krótkiego startu i pionowego lądowania. Można ich zatem używać nie tylko na dużych lotniskowcach, ale również na mniejszych okrętach wielofunkcyjnych i lekko przerobionych okrętach śmigłowcowych.

Posiadanie odpowiednio dużej liczby samolotów F-35 przez Stany Zjednoczone oraz ścisła współpraca z sojusznikami może w krótkim czasie pozwolić na skokowy wzrost potencjału lotnictwa pokładowego. Oczywiście okręty tego typu są kluczowymi celami, więc w razie konfliktu musiałby odpowiednio wcześniej wyjść w morze, ale historia zna już przypadki takiego „wychodzenia”, więc jest to do zrobienia.

Z pokładów sojuszniczych okrętów mogłyby operować nie tylko F-35B należące do Wielkiej Brytanii, Japonii i Korei Południowej, ale również te należące do USMC. Jakby na potwierdzenie tej tezy, na październik zapowiedziano oddelegowanie amerykańskiej jednostki wyposażonej w F-35B na okręt japoński na wspólne zgrywanie. Tak się wygodnie składa, że w japońskiej bazie Iwakuni stacjonują już dwie eskadry F-35B z ogłoszoną gotowością operacyjną więc… plan zaczyna działać.

Swoją drogą w sierpniu podobny manewr wykonano z Brytyjczykami, a na marginesie dodać można, że i Włosi na swoim lotniskowców będą mieli F-35B. Oni tak daleko raczej nie będą się zapuszczać, ale kto wie, kto wie.

Jeśli do sprzętu sojuszniczego dorzucimy amerykańskie mniejsze okręty typu America i całość okrasimy dużymi lotniskowcami, to znacząco zagęściliśmy ocean środkami bojowymi. Pozostaje jednak jeden zasadniczy problem.

Dokdo Pacyfik lotniskowiec
Również koreańskie okręty klasy Dokdo poza przyjmowaniem na swój pokład śmigłowców doskonale nadają się dla maszyn F-35B. Źródło: U.S. Navy

A co na to wszystko Chiny?

Reakcja chińska jest do bólu przewidywalna. Jak zwykle robią po prostu swoje. Powoli budują kolejne egzemplarz lotniskowców, przygotowują też nowe samoloty pokładowe i na mających chrapkę na potyczkę mają na lądzie gotowe do odpalenia tysiące pocisków rakietowych różnych typów. Chiny mają większość atutów i jedne ogromny problem (plus jedną zadrę), którym są szlaki żeglugowe i kontrola nad nimi. Nie mają jeszcze marynarki wojennej zdolnej do przejęcia takowej kontroli, a nawet gdyby mieli, to radośnie pływa tam już U.S. Navy.

Mimo wszystko również tutaj robią powoli swoje i już wyszli na Ocean Indyjski. Stąd zmiana narracji na Indo-Pacyfik, gdyż potencjalny obszar tarć nam się rozszerzył. A co „od dołu” działa jak zwornik tych dwóch oceanów? Oczywiście Australia, która już jasno zadeklarowała, z kim i gdzie chce iść. Chęć zakupu atomowych okrętów podwodnych od USA i Wielkiej Brytanii pokazuje nam, że włączają się do gry i będą operować pod chińskim nosem z Tomahawkami pod pokładem. Dopiero czas pokaże, czy to dobry ruch, gdyż być może dzięki neutrinom będzie można z łatwością takie okręty wyśledzić.

Póki co nie ma powodów, by siać panikę. Smartfony nadal będą przez czas jakiś pływać z Chin, więc jak chcecie sobie jakiś kupić, to zajrzyjcie na x-kom. Szykują się tam gorące promocje!